Moje urodziny.

26 – tyle lat kończę dziś.
Gdy byłam zbuntowaną nastolatką w trudnej życiowej sytuacji nie liczyłam nawet, że dożyje tych lat, podejrzewałam, że albo podetne sobie żyły albo zapije się gdzieś. Nie widziałam sensu życia, wydawało mi się, że nic dobrego mnie nie czeka.. Nie śniło mi się nawet, że wyjde z tego bagna w którym byłam, nie marzyłam o rodzinie swojej własnej, o domu dobrej pracy czy studiach… To wszystko wydawało się nie realne.  Dziś, wszystko to mam kochającego męża, który prowadzi dobrze prosperujaca firme, syna, dom, jestem w trakcie studiów.. A jednak dalej czuje w sercu brak.. Bo nie ma Tymusia. Dziś,  22miesiące po jego śmierci dopiero zaczynam rozumieć, że to cierpienie będzie zwwsze, bo kocham Go nad życie i cholernie tęsknie. Jednak wiem, że sama świadomie wybieram to  cierpienie – bo nie chce o nim zapomniec, jest częścią mojego życia, tylko w ten sposób moge okazać mu miłość. Pewna mądra kobieta @mindatory.life powiedziała mi, że terapia po starcie dziecka prowadzi od bólu (ktory jest nieunikniony)  do bólu który sami wybieramy. Dziś, czuje sie wolna, bo nie chce z tego bólu rezygnować, bo chce by pamięć o Nim trwała wiecznie. Do niedawna czułam sie przytłoczona wizją, że już zawsze będę to czuć. Sama sobie odbierałam możliwość szczęścia. Dzięki Tymusiowi Nasze życie się zmieniło, staliśmy się jeszcze silniejszą rodzinom. Dziś, wiem, że chce walczyć o Nasze szczęście, dziś w chwili melancholii doceniam ile osiagneliśmy pomimo trudnego startu i tego jak wiele po drodze zlego sie wydarzylo. Te promienie, zza burzowych chmur nadają sens. Dają siłę by walczyć by znów czuć słońce na twarzy. By uśmiech nie pojawiał się z wielkim trudem, a był codziennością jak przed dwoma laty. Jeszcze nie dawano balam się marzyć, bo moje najwieksze Marzenie odebrano mi.. Dziś na nowo chce wierzyć, że się podniesiemy i będziemy szczęśliwi. Pomimo cierpienia ktore będzie przy Nas do śmierci.

Tego sobie życzę, zdrowia, siły i wiary w marzenia ale również i każdemu z Was!

1 listopada

Dziś moje serce płacze, nie dlatego, że Tymona nie ma. Ten ból znam, jest ze mną każdego dnia. Dziś nie czuje tego cierpienia bardziej. Jednak gdy wieczorem poszłam na grób… I zobaczylam 3 ‚obce’ światełka zrobiło mi się najzwyczajniej w świecie przykro. Mamy dużą rodzine, tylu ‚bliskich’, znajomych dalszych i bliższych, na prawdę raz do roku nie można zapalić pieprzonego znicza na grobie mojego dziecka? Nie wymagam chodzić regularnie, nie prosze o to… Ale raz do roku to tez za duzo?

Nie był wart nawet tyle? To dziecko istnialo, czy tego chcesz czy nie. Czy bedziesz o nim pamietac czy nie. On żył i był pieknym chłopcem. Byl moim dzieckiem.

Później słyszę, że się zmienilam, odsunelam sie od ludzi. A jak mam byc kurwa przy Was? Gdy cierpiałam po stracie wiekszosc z Was nie mialo jaj by napisac glupia wiadomosc. WIekszosc z Was nie miala sily byc i wspierać gdy tego potrzebowalam. Wiekszosc nie potrafiła udziwgnac MOJEJ straty i odeszliscie z mojego zycia. I wiecie co? Wcale mi nie zal, nie jestescie tyle warci. Wiekszosc z Was bedzie wiedziec, ze to o was. Nie przypominajcie sobie o mnie w potrzebie. Kiedys bylam glupua bylam na kazde zawolanie, zqwsze przyjaciel, kumpela mogli na mnie liczyć. Teraz wiemz ze większość nie zaslugiwala. Los bywa przewrotny. Zycze Wam byscie nigdy nie musieli zmagac sie z traumą, bo gwarantuje Wam nie każdy się podniesie sam – nie zdziwcie się jak kiedyś Was ktoś zostawi tak jak Wy nas.


Tymulku… Choćby nikt inny o Tobie nie pamietal.. To wiedz ze Mamusia, Tatus i Brat nigdy o Tobie nie zapomna. Dziekuje, ze sie pojawiles. Cholernie tesknie za Toba. Jednak wiem, ze niedługo sie spotkamy.. Bo dzieli nas tylko czas. Kocham Cię. ❤

Trauma.

Serce rozdarte pomiędzy dwa światy.
Musisz żyć dla dziecka które masz tu na ziemi, nie chcesz żyć, by być przy dziecku które straciłaś..

Łapiesz się na tym, że mijają dni, tygodnie, miesiące… A Ty dalej jesteś sercem tam gdzie połowa  Ciebie zmarła. Widzisz, że upływa życie, a Ty mimo szczerych chęci wegetujesz nie jesteś szczęśliwa. A nawet jesteś na siebie zła, że nie dajesz z siebie więcej. Próbujesz wykrzesać resztki sił by się uśmiechać dla nich.. By widzieli więcej niż cień żony /matki którą była kiedyś… Zdajesz sobie sprawę, że życie biegnie na przód, a Ty często marnujesz je na pielęgnowanie bólu obok którego nie potrafisz przejść obojętnie. Czujesz, że życie ucieka Ci przez palce, nie cieszysz się z rzeczy które doceniałas kiedyś. Te małe rzeczy które nadawały sens dziś mają wyblaknięte barwy. Im bardziej się starasz tym bardziej nie możesz patrzeć w lustro, bo wiesz, że starania są na nic. Próbujesz się oszukać, jednak to bez sensu. Znasz się nazbyt dobrze.

Do tego całego bólu dochodzi strach. Strach którego nie znają ludzie, którzy nie zetkną się ze śmiercią. Po Twoich przejściach jesteś bardziej świadoma. Wiesz jak w sekundę możesz stracić życie. Jednak nie boisz się o siebie.

A o Tych którzy tu zostali.

O tych, dla których walczysz.

O tych, bez których byś się nie podniosła każdego dnia boisz się o ich życie.

Modlisz się by mąż wrócił cały do domu.

Modlisz się by Twoje dziecko wróciło z przedszkola całe i zdrowe.

Ból i pustka po stracie to jedno.. Często ludzie myślą, że to koniec naszego dramatu, że teraz już będzie tylko lepiej, że w końcu zaświeci słońce.
Być może tak jest.
Być może, bo nikt nie da gwarancji, że życie nie skopie nas kolejny raz, że nie stracimy więcej.
To jest trauma. Która zostanie ze mną na zawsze.

Zawsze można stracić coś jeszcze i ja tego się właśnie obawiam.

Mój drogi synku…

Tak bardzo Cię przepraszam, że nie ma mnie przy Tobie.

Tak bardzo Cię przepraszam, że nie pokaże Ci tego co chciałabym Ci pokazać, że nie nauczę Cię jak żyć i jak pokonywać słabości.

Przepraszam, że nie jest dane znać Ci rodzicielskiej miłości, że nie mogę tulić Cię w ramionach i że nie poznałeś brata.

Przepraszam Cię, że nie zawsze jestem silna.

Przepraszam za każdą łzę i kłótnie wywołaną przez ból w sercu jaki pozostawiłeś.

Najbardziej w świecie przepraszam, że nie walczyłam by wyjęli Cię z brzucha gdy był na to czas. Mój drogi synku tak bardzo Cię przepraszam, że nie uchroniłam Cię przed śmiercią. Zawiodłam i nigdy się z tym nie pogodzę. To mój krzyż i kara z którą będę żyć.

Przepraszam.. Za wszystko. Mój ukochany synku.

Skończyłbyś właśnie rok, na pewno byś był cudownym chłopcem, wyobrażam sobie Ciebie uśmiechniętego, z czarną czupryną. Z wyglądu na pewno podobny do brata. Jednak jestem pewna, że charakter masz po tacie. Już w brzuszku byłeś spokojny, tak bardzo Nam Ciebie brak.

Wyobrażam sobie Wasze kłótnie o zabawki i miłość jaka się darzycie.

Tak wiele chciałabym Ci pokazać, tak wiele opowiedzieć, tyle wspólnych przygód nas ominęło, umarłeś o całe życie za wcześnie….

Tak bardzo bym chciała byś tu był. Tak bardzo pęka Nam serce.

Gdy zmarł Tymuś wydawało mi się niestosowne robić mu zdjęcia. Nikt nie powiedział, że pamiątka jest okej, że będą później potrzebne do pielęgnowania wspomnień. Już nigdy nie wezmę swojego dziecka w ramiona, pamiatam jego maluskie matwe zimne ciało jak by to było dziś.. Tak bardzo żałuję. Tak bardzo chciałabym mieć pamiątkę. Minął rok. Pamiętam jak wyglądał. Pamiętam jego piękna buzię, czarne długie włoski, kartoflany nosek. Usta kształtne po tacie.. 1830 gram miłości i bólu. Jednak pamiętam też pociętą główkę i brzuszek po sekcji zwlok, takiego Go poznałam. Nie mieliśmy dużo czasu. Pamiętam każde słowo z opisu sekcji, za każdym razem stają łzy w oczach, bo wiem, że cierpiał umierając, a ja niczego nieświadoma spałam nie czując jego bólu…poza pustka w sercu są jeszcze Wyrzuty sumienia ktore zostaną na zawsze, będą dręczyć tak długo jak żyć będziemy.

Rocznica.

4 luty ’20 vs 4 luty ’21
Dzień  w którym zawalił się Nam świat, dzień w którym urodziła się miłość mojego życia – mój mąż i dzień w którym zmarła część mnie razem z martwym synem w brzuszku.
Wspomnienia wracają co raz bardziej paprząc i tak nieskończenie poranione serce.. Pamiętam jak chodziłam po porodówce mimowolnie głaszcząc się po brzuszku, mimo że wiedziałam, że więcej nie poczuje jego ruchów.. nie potrafiłam uwierzyć, myślałam, że to sen, że urodzę Tymulka i usłyszę jego krzyk.im bardziej bolały skurcze tym na duszy było Lżej.. Chciałam by mnie bolało. Chciałam cierpieć fizycznie. To wszystko to nic podług tego co rozgrywało się w sercu.

Minął rok… Czy jest lepiej? To zależy jak na to patrzeć. Myślę, że sztuką po stracie jest nauczyć się żyć, po prostu. Oddychać i walczyć o małe rzeczy bez fajerwerków. Nauczyć się żyć pomimo ciągle krwawiącego serca. Myślę, a nawet jestem pewna, że kolejne lata nic nie zmienią, ból będzie taki sam, równie niewyobrażalnie mocny, zatykający dech w piersi.. Tylko my, przyzwyczajamy się, że mimo, że jesteśmy  żywi część z Nas już dawno umarła.

Gdy usłyszałam w szpitalu że Tymon nie żyje prosiłam o śmierć. Otarłam się o nią, jednak wróciłam i żyje. Gdy wybudziłam się ze śpiączki krzyczałam, że nie mieli prawa mnie ratować, nienawidzilam ich, zabili mi dziecko, a mnie uratowali o ironio.. Los wybrał za mnie. Mimo, że żyć nie chciałam. I choć nie raz mam dość to wstaje.. Dla siebie i dla Nich.

Rocznica śmierci dziecka, urodziny męża. Mimo całego zła jakie nas spotkało, dziękuję, że przetrwaliśmy ten rok jako rodzina. Jesteśmy dalej kochającymi się ludźmi i walczymy o siebie i dla siebie. Oby dalej tak było, do końca naszych dni. Chciałabym poczuć spokój duszy.. Namiastke beztroskiego życia sprzed straty.. Tego życzę mój mężu Tobie… I sobie. Pomódlcie się za Nas.
.

Listopad 2017/2018/2020

Listopad 2017
Czuje, że jestem w ciąży. Robię test.
Wychodzi pozytywny. Oj, Płakałam… Cały dzień płakałam, mimo, że wiedziałam, że Kamil się ucieszy to bałam się mu to powiedzieć, bałam się, że poronię i zadam mu kolejne cierpienie. Nie wierzyłam, że Nam się uda. Mówią, że ciąża to piękny stan dla kobiety,  nie dla rodziców po stracie. To był piekielnie trudny czas i na samą myśl mam ciarki na ciele. To była ciąża pełna łez, strachu i życia od wizyty do wizyty które były bardzo często. Każde ukłucie brzucha powodowało morze łez, że teraz to już na pewno moje dziecko nie żyje. Pamiętam jak w 15tc bolał mnie brzuch, mój lekarz był niedostępny, wyłam szukając innego lekarza który przyjmie mnie, bo wpadałam już w atak paniki, nie przepracowałam strat. Pojechałam na wizytę, czekałam na wyrok, leżąc na samolocie płakałam, lekarz nawet nie próbował uspokajać, rozumiał. Gdy usłyszałam bijące serce, uwierzyłam że to dzieje się na prawdę. Jednach strach pozostał. Każda wizyta w toalcie powodowała że bałam się, że zobaczę krew. Robiłam zastrzyki w brzuch w nadziei, że się uda. Dopiero gdy zaczęłam czuć ruchy byłam spokojniejsza, jednak powtarzałam, że odetchnę z ulgą jak będę trzymać syna na rękach. I tak też się stało. Donosiłam Go. W najmniej oczekiwanym momencie. Nasz mały wielki cud. Urodził się piękny i zdrowy. A ja stałam się ziemska mamą. Mój świat się zmienił, nabrał barw… Dlatego Ty na początku trudnej drogi do Macierzyństwa Upadaj, krzycz, płacz.. Potem walcz ze wszystkich sił.  Jestem dowodem, że warto! Nikt nie mówi, że droga będzie prosta. Droga na szczyt nigdy taka nie jest ale pamiętaj, z góry są najpiękniejsze widoki. 

Listopad 2019
Oli ma cztery miesiące, jestem mamą i choć jestem szczęśliwa to jest bardzo ciężko żyć z hajnidem, uczymy się siebie, próbujemy sprostać wyzwaniom dnia codziennego. Oli dużo płaczę, a ja razem z nim, mało śpi, w najśmielszych snach nie podejrzewałam, że będzie tak trudno.

Listopad 2020
Oli ma ponad dwa lata. Jest naszą tęczą, nadaje sens życiu, po śmierci Tymka dzięki niemu jakoś sobie radzimy. Dziś nie jest świadom, że uratował mi życie. Kiedyś mu za to podziękuję, a dziś mogę jedynie być dla niego dobrą mamą. 

Bądź dla siebie dobra.

Znacie tą twarz choć nie za często ją tutaj widzicie. Gdy patrzyła w lustro widziała kobietę, która mimo młodego wieku jest przetyrana przez los tak bardzo.. że ciężko cieszyć się jej z tego co ma. Każda zmarszczka a Tych przybyło na prawdę dużo, przypominała jej ile bólu nosi w sobie. I tak przez ostatnie miesiące pielęgnowała w sobie ból, smutek, żal, a miłość do dziecka zmarłego powodowała, że wylewała ją na dziecko które ma obok, mimo wszystko czuła, że tej miłości jest za dużo na jedno dziecko, miała wrażenie, że ona się wylewa, cóż, instynktu macierzyńskiego nie da się oszukać. Skupiła się na dwulatku, wypełniając obowiązki domowe z należytą starannością. W między czasie chodząc na grób do drugiego dziecka wypłakując się nie ustannie, potem zaczęła pielęgnować w sobie złość, tak potężną, że niszczyła wszystko co latami budowała wspólnie z mężem.. I tak mijał dzień za dniem, aż minęło prawie 9miesięcy z jej życia. A gdzie w tym wszystkim jest Ona? Ona czuła w głębi serca, że już życie nie przyniesie jej nic dobrego, nie czuła się kobieco, nie czuła się dobrą matką, bo zawsze czuła, że robi za mało. Co więcej zaczęła izolować się od ludzi, bała się spotkań z nimi, małe dziecko w domu było wymówką by nie wracać do pracy i tak koło zaczęło się zamykać. Kiedyś pewna siebie, zawzięta i zawsze idąca do celu… zatraciła siebie. Zatraciła to co ceniła w sobie najbardziej. Tliła się w niej iskra nadziei, gdy przygasała… Budziła ją na nowo, reanimowała nie raz ostatkiem sił.

Dziś patrząc w lustro jestem dla siebie łaskawsza. Dwie ostatnie ciąże pozostawiły po sobie nie jeden bolesny ślad. Widze, ile przeszłam. Widzę ten ból w oczach. Dziś wiem, że muszę na nowo pokochać siebie. Widzę też ile Tymon dał mi siły, ile dobra jestem w stanie wykuć właśnie dzięki Niemu. Nie chcę czuć już mroku, chcę iść ku światłu. Do tej pory mówiłam, że chce żyć dla bliskich, bo dla siebie nie warto. Dziś chce żyć dla siebie. Chcę zawalczyć. Nie chcę już tylko cieszyć się z szczęścia bliskich. Chcę również być szczęśliwa. Pora iść na przód.

Stop. Umniejszaniu. Strat.

TAKI KOMENTARZ, MIMO, ŻE NA ŻARTY POKAZUJE JAK BARDZO MAŁA W NASZYM SPOŁECZEŃSTWIE JEST WIEDZA O TYM JAK CZĘSTO UMIERAJĄ DZIECI, O STRATACH I O TYM CO PRZECHODZĄ RODZICE..

MOŻE OSOBA PISZĄCĄ Z ZAPYTANIEM PRZESZŁA JAKĄŚ TRAUMĘ I BOI SIĘ BARDZIEJ NIŻ KTO KOLWIEK O SWOJE DZIECKO. LUDZIE NAWET NIE ZDAJĄ SOBIE SPRAWY JAK OGROMNĄ KRZYWDĘ TAKIMI TEKSTAMI MOGĄ KOMUŚ ZROBIĆ.

JA PO PROSTU OBOK KOMENTARZY LUDZI PRZECHODZĘ OBOJĘTNIE. A JEŚLI JAKIŚ MNIE DOTKNIE… TO MÓWIĘ O TYM GŁOŚNO. NIE POZWÓLMY SIĘ KRZYWDZIC I ŻEBY NIE BYŁO, ŻE CHODZI MI O TEN KONKRETNY KOMENTARZ ON PO PROSTU DAŁ MI DO MYŚLENIA, CZĘSTO CIERPIMY W MILCZENIU, CZĘSTO KTOŚ COŚ POWIE CZEGO NAWET NIE PRZEMYŚLAŁ I WARTO MÓWIĆ OTWARCIE, ŻE NAS ZABOLAŁO, ŻYCIE JUŻ WYSTARCZAJĄCO SKOPAŁO NAS PO DUPIE.. I MUSIMY DBAĆ O SWÓJ KOMFORT PSYCHICZNY. ZA DŁUGO DAWAŁAM SIĘ KRZYWDZIĆ PORADAMI CZY UMNIEJSZANIEM STRAT. PO DWÓCH PORONIENIACH SŁYSZAŁAM, ŻE NIE MAM PRAWA ROZPACZAĆ, BYĆ W ŻAŁOBIE BO 8TC TO NIE CIĄŻA! LEPIEJ TERAZ JAK W KOŃCÓWCE CIĄŻY.. GDY UMARŁ TYMON W KOŃCOWCE CIĄŻY TA SAMA OSOBA POWIEDZIAŁA, ŻE POWINNAM DOCENIĆ, ŻE MAM DZIECKK W DOMU. TO TAK JAKBY CI LUDZIE MÓWILI NIE MASZ PRAWA DO SMUTKU, DEPRESJI CZY ŻAŁOBY, BO MASZ DZIECKO W DOMU. NIKT NIE MA PRAWA UMNIEJSZAĆ STRAT PO CIĄŻY, KOLEJNYM STRACONYM CYKLU CZY NIEUDANYM IVF. WALCZMY O SWÓJ KOMFORT. BĘDĘ WAŁKOWAĆ TEMAT DO PORZYGU, BO JEŚLI CHOĆ JEDNA OSOBA ZASTANOWI SIĘ ZANIM COŚ POWIE TO…. WARTO.

Zdaje sobie sprawę, że świata nie zbawimy na każdej płaszczyźnie życia. Zazwyczaj obok tego typu komentarzy, zwłaszcza w internecie gdzie nie dotyczy to mojej osoby przechodzę obojętnie. Niemniej jednak zrobiło mi się żal tej osoby która zadała pytanie, ukuło mnie w sercu na samą myśl jak bardzo mogli ją zranić. I to właśnie o to chodzi docelowo, nie o kogoś w internecie co palnie głupotę, a o to jak często dajemy się krzywdzić przez bliskich, znajomych i rodzinę, bo ktoś nie rozumie naszych problemów. Nie każdy umie utożsamić się z problemami innych, jednak czasem wystarczy się zastanowić zanim się coś palnie. Głównie chodzi mi o to, y w życiu codziennym nie dać się krzywdzić. Dwie pierwsze straty przepłakałam w ciszy, w samotności, bo wszyscy umniejszali mój ból, ile ucierpiałam wtedy wie tylko ktoś kto to przeszedł. Dałam się zmieszać z błotem, że jestem słaba, że to nic, że przesadzam, że trzeba iść na przód… W pewnym Momencie nawet zaczęłam im wierzyć, że coś ze mną nie tak, że nie potrafię zapomnieć i iść dalej, nie przepracowałam tego.

Swoją drogą jakiś czas temu od kogoś z rodziny usłyszałam, że nie wie jak pisanie w internecie o moich niepowodzeniach może mi pomóc, że to jest… Bezsensu. Nawet teraz słyszę, że mam się pozbierać i iść dalej. Dlatego tak ważny jest to dla mnie temat. Bo teraz mam siłę powiedzieć ‚stop, nie masz prawa tak mówić, mam prawo przejść to tak jak to chce!’ i gdyby ktoś kilka lat wstecz powiedział mi to co mówię dziś może miałabym więcej siły w sobie by nie zbesztali mojej godności do cna, po dziś dzień walczę o to by odnaleźć siebie, poczuć się dobrym, wartościowym człowiekiem

Odbicie w lustrze.

Siedem miesięcy temu zawaliło nam się życie. Zmarł Tymuś ale i cząstka Nas.. Jak trzymamy się dziś? Kiepsko wiesz.. Nie chce lukrować, że jestem super silna, że wszystko idzie w dobrą stronę, bo tak nie jest. Tak jak pisałam w poprzednim poście żałoba się zmienia, łez jest co raz mniej, uśmiechu co raz więcej. Jednak widzę, że dzieje się ze mną coś… Złego. Mrocznego. Zaczęło się jakiś czas temu i nie uważam, że to tylko taki etap. Myślę, że bez pomocy kogoś ‚mądrzejszego’ sobie nie poradzę. Jestem jak tykająca bomba. Niewielka iskra odpala lawinę złych decyzji, obrzydliwych zachowań. Temperament choleryka nie pomaga. Zawsze odbierałam wszystko bardziej emocjonalnie, z większą intensywnością… Ale teraz nie czuję się sobą. Mam wrażenie jakbym stała z boku i nie miała wpływu na swoje zachowania. Moje ciało odmawia posłuszeństwa bez powodu zaczyna wzbierać we mnie złość, rośnie, rośnie i wybucha z byle powodu. W tym czasie moje ciało spina się, czuję każdy mięsień który pali, ból w klatce jest tak potężny, że ciężko złapać oddech, ręce drżą, a po wszystkim wracają cholerne nerwobóle migreny i skurcze żołądka, a i wymioty… Tak reaguje ciało, a w efekcie nie mogę się skoncentrować, nie potrafię robić kilku rzeczy na raz, zapominam co chce zrobić czy powiedzieć, czuję się wiecznie zmęczona i jestem rozdrażniona, nie panuje nad słowami, mówię rzeczy które nie są prawdziwe, krzyczę, rzucam przedmiotami, jakbym nikogo nie potrzebowała by po chwili rozpłakać się jak niemowlę które potrzebuje opieki..

Czuje, że nawalam, że jestem wrakiem człowieka, wyżywam się na wszystkich w okół. Przez co ciężko spojrzeć mi w lustro, ranie tych których kocham. Nienawidzę siebie.

Przez to wszystko Nasz związek jest wystawiony na kolejną próbę. Kamil jest cierpliwy, nikt inny by tego nie wytrzymał, a On cały czas jest przy mnie. Widzę, że i jemu puszczają emocje. Nie dziwie się w sumie, bo kto by wytrzymał tyle z takim potworem jakim się stałam. Mówi, że mnie nie poznaje, gdzie jest jego Gosia.. Boje się, że umarła, że jej nie odnajde. Sama nie wiem co zrobić by to zmienić. Sama nie czuje się sobą. I nie czuje się na siłach z tym walczyć.

Być może to neurastenia, znacie kogoś kto miał takie objawy? A może sami z tym walczycie?

7 miesięcy.

Życie to ciągła walka. O szczęście, rodzinę, miłość, o zdrowie, pieniądze, o każdy uśmiech. Każdy toczy własną batalię na różnych płaszczyznach. Życie nie rozdaje po równo. Podobno dostaniesz od życia tyle ile jesteś w stanie znieść. Ciekawe czy to prawda? I jaki to ma cel?

Niektórzy całe życie prześlizgują się pomiędzy problemami, a inni dostają od losu kopniaka za kopniakiem. Gdzie w tym sens? Co byś nie robiła, życie nie raz powali na kolana, przydusi byś nie miała siły wstać. Co wtedy możemy zrobić? Walczyć ze wszystkich. pieprzonych. sił. Mówią, że nadzieja jest matką głupich… Być może tak jest ale każda matka kocha swoje dzieci. I wiesz… Ta nadzieja daje siłę by wstać. Czasem mam wrażenie, że już zgasła we mnie, by za chwilę znów się tliła chociażby niezauważalnie..

7 miesięcy – tyle czasu minęło od dnia w którym część Nas umarła wraz z chwilą gdy serce Tymusia przestało bić.. Ani ja, ani Kamil nie jesteśmy tymi samymi ludźmi. Mamy rany w sercu które co rusz się rozdrapują i paprzą, rany które nigdy się nie zagoją. Jednak chce wierzyć, że życie przyniesie Nam jeszcze piękne dni, wolne od łez.. Chcę wierzyć, że zaznamy kiedyś spokoju. Jestem zmęczona walką ale wiem, że idziemy dobrą drogą, wiem też, że warto walczyć. Gdybym nie walczyła gdzie byłabym dziś? Gdybym poddała się podczas starań, a potem dwóch poronień nie byłoby z Nami dziś Oliwiera. On jest moją tęczą, nadzieją. W momencie kiedy już nie wierzyłam, że życie może mieć dla nas coś dobrego pojawił się On. Cudowny, wyjątkowy i wywalczony. Przechodzimy chwilę kryzysu, załamań i awantur o nic. Jest we mnie złość którą ciężko przekierować lub zmienić w coś dobrego.. Jednak mamy po co walczyć, bo mamy coś niepowtarzalnego – prawdziwą miłość i siebie nawzajem. Patrzymy w jednym kierunku. Dziś bogatsi o kolejne blizny walczymy o uśmiech i o siebie nawzajem. O małe rzeczy. By nauczyć się stąpać po tym nowym, trudnym świecie.

Grafika wykonana na zamówienie specjalnie dla Nas, by upamietniła Naszą ciężką drogę, by w chwili zwątpienia pokazała Nam ile już przetrwaliśmy i by dawała nadzieję na lepsze dni.

Zaczynam rozważać terapię, chyba dorosłam do tego by porozmawiać o tym co czuje z kimś na żywo. Pisanie pomaga, rozmowy z innymi mamami po stracie również, jednak czuję, że nie idę na przód z żałobą, łez jest mniej, jednak nie potrafię poradzić sobie ze złością która jest we mnie. Nie wiem jak zapanować nad tym. Widzę, że zaburza to obraz rzeczywistości i sprawia, że robię problemy których nie ma gdy spojrzę na to z boku.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij