
Oliwier zdjął ze mnie ciężar, każda długoletnia staraczka czy też mama po stracie czuje czasem (często) się niedostatecznie dobra, wybrakowana.. Ja czułam się tak cholernie długo – On odczarował moje poczucie wartości które podupadło bardzo gdy wszystkie kobiety wokół (wtedy miałam wrażenie że tylko ja na tym świecie nie moge zajść /donosić) zachodziły w ciążę mimo, że nie każda chciała być matką. Miałam wrażenie, że nie jestem dość dobra, że nie zasluguje na bycie mamą… Bo dlaczego innym przychodzi to z taką łatwością a mi nie? W czym jestem gorsza? Wtedy masa pytań, z durnymi odpowiedziami w głowie. Teraz gdy o tym myślę widze, że katowałam się bardziej i bardziej. Teraz rozumiem, że na pewne rzeczy nie mamy wpływu, a na inne trzeba po prostu dłużej poczekać.. I.. Gdy się czeka dłużej z pewnością bardziej się docenia!
Gdy zmarł Tymon zaczęłam się zapadać, ponownie. Tak jak wtedy gdy nie mogłam zajść w ciążę.. Zadawałam sobie mase pytań, na które głowa odpowiadała w bardzo głupi sposób.
Dlaczego zmarł mój syn?
Pewnie nie byłby ze mną szczęśliwy, pewnie bym mu nie zapewniła dobrego życia, może nawet by mnie nie kochał.
Co z Naszą rodzinom po tym wszystkim?
Mąż pewnie mnie zostawi, bo nie będzie mógł na mnie patrzeć, co ze mnie za kobieta, że nie moge donosić dziecka? Do niczego sie nie nadaje.
Takich pytań w głowie rodziło się tysiące.. Czy one pomagały? Skądże! Sprawiały, że za rogiem czaiła sie depresja – a z tą panią nie łatwo jest wygrać. Jak to się stało, że przestałam wchodzić w takie nic nie warte dedukcje? Zaczęłam myśleć co poradziłabym mojej najlepszej koleżance.. I dotarło do mnie jak bardzo sama sie krzywdze, czasem warto stanąć z boku ze swoimi emocjami i popatrzeć na nie jakby nie były Twoje. Co byś wtedy poradziła? Czy umiesz wyjść ze swojej skóry i stanąć z boku? Zrozumiałam, że katuje siebie, chciałam cierpieć, bo wierzyłam w to, że moje dziecko nie żyje przeze mnie, przecież umarł w moim brzuchu, przecież to ja Go zabiłam, to moje ciało zawodzi to ja sie do niczego nie nadaje.. Nawet w szpitalu gdy byłam bardzo słaba, bo przecież prawie umarłam to nie chciałam leków przeciwbólowych po cesarce, chciałam cierpieć. Robiłam to świadomie. Ten ból sprawiał mi radość, przecież mi się należał! Brzmi to strasznie, wiem. Teraz rozumiem jak bardzo czarne myśli chodziły mi po głowie i jak bardzo kopałam pod sobą dół ale już to przechodziłam, największy ból sprawiałam sama sobie. Wtedy gdy nie mogłam zajść w ciążę uporałam się ze swoimi myślami, teraz musiałam zrobić to samo, bo jeśli nie depresja znów zawita na mojej ścieżce – różnica jest taka, że teraz jestem odpowiedzialna nie tylko za siebie. Mam dziecko i dla niego musze sie podnieść, bo on liczy na mnie jak nikt inny. Dlatego znów wyszłam z ‚siebie’ i zaczęłam słuchać rad które dałabym każdej z Was. I wiecie co? Podniosłam się. Czasem wraca natłok myśli, co jakiś czas wierce sobie dziurę w brzuchu ale szybko odganiam te czarne myśli, bo widze, że One nic dobrego nie wnoszą. Trzeba zaakceptować otaczającą Nas rzeczywistość, która nie zawsze jest przyjemna.
A Ty moja droga czy jesteś dobra dla siebie? Czy jesteś wyrozumiała? Czy doceniasz co robisz i ile znosisz? Jak często dziękowałaś sobie samej? Ile razy sama sie nagrodziłaś?
Zatrzymaj sie i odpowiedz na te pytania szczerze, a potem podziękuj sobie za każdy trud jaki wkładasz by żyć i być dobrym człowiekiem. Ja zrobie to samo.