Pół roku

Kolejny czwarty… Szósty z kolei… Minęło pół roku od dnia w którym moje/nasze życie legło w gruzach.. Rozsypało się jak domek z kart. Siedzę w deszczu przy grobie własnego dziecka i wylewam łzy. Tu czuje się bezpiecznie. Tu czuje swoje miejsce.I choć na co dzień trzymam się nieźle to wiem, że wystarczy mała iskra by znów zalać się łzami. Pół roku życia w zawieszeniu… Pół roku bólu i cierpienia… Co czuje dziś? Żal.. Smutek… Tęsknotę… Krwawiące serce na każde wspomnienie…

Czasem mam wrażenie, że już jest lżej… By za chwilę jak sinusoida poszybować w dół.Żałoba która z każdym tygodniem/miesiącem zmienia się. Przeistacza.. Jak motyl w kokonie.. Tyle, że tu nie będzie pięknego zakończenia. Mimo, że głęboko wierze, że życie jeszcze przyniesie Nam dobre dni to, boje się, że nie dotrwamy do tego razem. Każdy dzień jest walką o siebie nawzajem. Od zawsze byłam znerwicowana. Jednak teraz niewielka iskra potrafi rozżarzyć ogromny płomień złości i nienawiści który trzymam w sobie. Obrywa Kamil. Mimo, że głównie ta złość jest na samą siebie, to wylewam ją na niego. Przez co jeszcze bardziej nienawidze siebie. Co jeśli On kiedyś nie wytrzyma? Ile można znieść? Współczuję mu, szczerze mu współczuję. Nie zasłużył na to wszystko. Jest cholernie dobrym Człowiekiem… Staram się, później przepraszam, a za jakiś czas znów robię to samo… Nie panuje nad tym. Więc dochodzi strach jakby było mało… Strach o nas. O naszą miłość.

Wiem, że rany się zabliźnią i to czas jest naszym sprzymierzeńcem jednak co raz częściej zastanawiam się czy my jako małżeństwo tą próbę przetrwamy.

Pomnik.

Po trzech miesiącach pomnik gotowy, dużo nerwów i stresu z tym związanego ale jest, w końcu!

Gdy szłam Go obejrzeć przypomniał mi się dzień w którym szliśmy do działu patomorfologii zobaczyć martwe ciało Tymulka. Szliśmy tam w drugiej dobie po cesarce jak wyszłam ze śpiączki.. I choć byłam bardzo słaba musiałam tam iść, potrzebowalam tego jak tlenu, a jednak każdy krok sprawiał, że oddech przyspieszał i ból w klatce był co raz silniejszy – tak samo czulam się dziś. Wtedy bałam się, że nie będę w stanie oddać Go, że moje serce nie wytrzyma widoku mojego Malutkiego synka zimnego i martwego. Myślałam, że ciężko będzie mi udzwignac te wszystkie uczucia, że to mnie zmiażdży.. A dziś Bałam się cholernie mocno czy nie zawiodą mnie, czy będzie taki jak sobie wymarzyłam… Czy spełni moje oczekiwania.

Wtedy ku mojemu zdziwieniu wyszłam cholernie silna, widziałam martwe dziecko ale czułam tam mojego synka. Czułam coś czego nigdy nie zapomnę, poczułam jakiś spokój jakby był obok i mówił „jestem przy Tobie, dasz radę mamo” nie wiem co mną wtedy kierowało ale Jego widok dał mi sił. I dziś wychodząc z cmentarza czułam tą samą siłę. Czułam spokój i czułam obecność mojego dziecka. Nie da się tego opisać, sama w takie rzeczy nie wierzyłam, może umysł w ten sposób sobie radzi z tym wszystkim, a może On był przy mnie. Nie wiem. Jednak chce w to wierzyć.



Jestem cholernie szczęśliwa i mam nadzieję, że Tymusiowi jego domek się podoba.

Chałst powietrza.


Niedziela. Jedziemy nad jezioro, wzięliśmy babcie, młodszą siostrę i dzieciaki drugiej siostry. Będzie fajny dzień…

Ciężko mi docenić to. Myślami jestem tam.. Tam gdzie byłam szczęśliwa… Ostatnie dni z Tymulkiem w brzuchu.. 
Ku.rwa! tęsknię, w ch.uj.. Nie da się opisać słowami tego co czuję każdego dnia. Rozumie to tylko ktoś kto każdego dnia zmaga się z tym bólem.
Chce żyć, walczę każdego dnia, serio. Jednak męczące jest to ciągłe upadanie i podnoszenie się. Chciałabym złapać w płuca powietrza ile się da… Jednak ból jest porażająco silny, przeszywa płuca i… duszę się małym chałstem i tak każdego dnia..

Popłakała. Ponarzekała. Czas wziąć się w garść kolejny raz. Dobrego dnia wszystkim.

💙💙💙  Tęsknię do Ciebie mój piękny synku, tatuś też. Cholernie Nam ciężko tu bez ciebie.

Jeszcze silniejsi.

Patrząc na to zdjęcie widze młodą kobietę, z perspektywami na przyszłości, nieco pewną siebie – wygląda na szczęśliwą. Tak, zdecydowanie ona musi być szczęśliwa. Tak widzą mnie ludzie którzy mnie nie znają. Nie znają mojej historii. Dlatego zanim kogoś ocenisz, dwa razy się zastanów czy właśnie nie przeżywa życiowej tragedii. Ludzie zakładają maski. Każdego dnia. Na ustach uśmiech – a w sercu ból. Znasz to uczucie, prawda?

GOSIA – Żona. Przyjaciółka. Mama po stracie. Mama ziemska. Córka. Synowa. Siostra. Tak wiele życiowych ról odgrywamy. Przede wszystkim jestem sobą. Nigdy nie udawałam. Teraz też nie udaje. A nawet czuję się w pełni sobą. Nie wstydzę się swych uczuć, bólu i złości jaki mam w sobie.

Od zawsze byłam buntowniczką. Miałam swoje zdanie i głośno mówiłam czego chce. Teraz to czego chce najbardziej na świecie jest nieralne, w pewien sposób przycięło mi to skrzydła, śmierć Tymona uświadomiła mi, że nawet jak sie walczy ze wszystkich sił nie zawsze można wygrać. Spokorniałam bardzo. Tej walki nie wygram, bo życia mu nie wróci nic ale czy to znaczy, że reszta życia jest istną porażką?

Otóż nie! Dlatego staram się być lepszą wersją siebie, widze progres jestem spokojniejsza i jeszcze bardziej waleczna.
Bywają dni gdy zatracam się w smutku, gdzie ból po stracie Tymusia wygrywa i nie mam sił z Nim walczyć. Tak było wczoraj. Przepłakałam wczoraj pół nocy, wtulona w męża, z żalem do całego świata rozmawialiśmy o tym czemu spotkało to Nas, mówiliśmy jak bardzo tęsknimy za Naszym pieknym synkiem i jak bardzo wkurwia Nas niesprawiedliwość.

Wiemy, że już nigdy życie nie będzie takie samo. Jednak trzeba też docenić co mamy. Przede wszystkim Oliwiera ale i siebie! Pomimo całego syfu jaki nas spotkał nadal jesteśmy razem. Nie jest lekko, są dni, że się nie dogadujemy, kiedy mamy dość siebie i swoich humorów ale! Nadal walczymy, dla siebie i Naszych dzieci i to się liczy. Nie będę ukrywać są też dni pełne uśmiechu. Na razie jest ich mniej, przeważają te złe. Jednak wierzę, że razem możemy przezwyciężyć to i z czasem będzie więcej dobrych dni..

Takie wieczory jak wczorajszy oczyszcza, pomaga się podnieść gdy już myślimy, że więcej nie udźwigniemy. Widzę postęp w Naszym zachowaniu, widze jak cholernie sie staramy nie spieprzyć reszty życia. Jak bardzo chcemy być razem i być szczęśliwi. Walczymy o siebie i dla siebie nawzajem. To jest piękne. To taka iskierka, że pomimo wszystko życie może się udać. Wierze w to głęboko. Jednak wiem, że wiele zależy od Nas. Życie zsyła Nam różne sytuacje ale to od Nas zależy czy powali Nas na kolana czy sprawi, że będziemy silniejsi.

Pamiątki.

Nie wiele pamiątek mam synku. Kilka zdjęć z ciąży.. Każdy obraz usg i.. dwa krótkie spotkania. Przez cesarskie cięcie w trybie natychmiastowym i śpiączkę nie widzialam Go odrazu, a gdy już mogłam do Niego pójść, zabronili mi bo byl przygotowywany do sekcji zwłok. Wiec zobaczyłam Go dopiero na drugi dzień. Gdy szliśmy do działu patomorfologii każdy krok sprawiał potężny ucisk w klatce. Co chwila musiałam się zatrzymywać by złapać oddech. Bałam sie cholernie. Wiedzialam, że po tym spotkaniu runie Nasz świat a część Nas umrze w tamtym pomieszczeniu. Był piękny, wręcz idealny. Czarne długie włoski – jak u brata. Piękny kartoflany nosek, długie rzęsy, drobne ciałko całe 1840gram miłości i bólu .. Poznając Wasze historie okazuje się, że każda rodzina po stracie inaczej reaguje na śmierć dziecka. Jedne nie chcą widzieć dziecka inne wręcz muszą zobaczyć. Niektórzy żałują decyzji po pewnym czasie. Nie ma idealnego sposobu. Każdy radzi sobie z tym jak umie. Ja osobiście nie wybaczyłabym sobie gdybym Go nie zobaczyła, nie dotknęła, nie przytuliła.. I wiesz? Gdy zamkne oczy widze mojego cudownego synka, mimo tego że za każdym razem to wspomnienie rozrywa mi serce to nie żałuję. Co zrobilabym inaczej? Zrobiłabym odcisk stópki i raczek żebym mogła mieć piękna pamiątkę w domu. Niestety nikt nie doradził mi bym to zrobiła. Wiem, że w niektórych szpitalach położne praktykują taką pamiątkę, uważam, że to powinno być wprowadzone wszędzie.. Jeśli ktoś nie ma życzenia po prostu nie odbiera pamiątki. Kolejne Nasze wspomnienie to dzień w którym Go ubrałam przed pogrzebem – pierwszy i ostatni raz. Ubrałam Go tak jak podpowiadało mi serce. Piękne body z muszką, bordowe spodenki i czapeczka w batmana taka sama jaką mial braciszek. Minęły cztery miesiące, czasem mam wrażenie , że minęło szmat czasu, a czasem myślę, że było to wczoraj.

Nie dość dobra.

Oliwier zdjął ze mnie ciężar, każda długoletnia staraczka czy też mama po stracie czuje czasem (często) się niedostatecznie dobra, wybrakowana.. Ja czułam się tak cholernie długo – On odczarował moje poczucie wartości które podupadło bardzo gdy wszystkie kobiety wokół (wtedy miałam wrażenie że tylko ja na tym świecie nie moge zajść /donosić) zachodziły w ciążę mimo, że nie każda chciała być matką. Miałam wrażenie, że nie jestem dość dobra, że nie zasluguje na bycie mamą… Bo dlaczego innym przychodzi to z taką łatwością a mi nie? W czym jestem gorsza? Wtedy masa pytań, z durnymi odpowiedziami w głowie. Teraz gdy o tym myślę widze, że katowałam się bardziej i bardziej. Teraz rozumiem, że na pewne rzeczy nie mamy wpływu, a na inne trzeba po prostu dłużej poczekać.. I.. Gdy się czeka dłużej z pewnością bardziej się docenia!
Gdy zmarł Tymon zaczęłam się zapadać, ponownie. Tak jak wtedy gdy nie mogłam zajść w ciążę.. Zadawałam sobie mase pytań, na które głowa odpowiadała w bardzo głupi sposób.

Dlaczego zmarł mój syn?

Pewnie nie byłby ze mną szczęśliwy, pewnie bym mu nie zapewniła dobrego życia, może nawet by mnie nie kochał.

Co z Naszą rodzinom po tym wszystkim?

Mąż pewnie mnie zostawi, bo nie będzie mógł na mnie patrzeć, co ze mnie za kobieta, że nie moge donosić dziecka? Do niczego sie nie nadaje.

Takich pytań w głowie rodziło się tysiące.. Czy one pomagały? Skądże! Sprawiały, że za rogiem czaiła sie depresja – a z tą panią nie łatwo jest wygrać. Jak to się stało, że przestałam wchodzić w takie nic nie warte dedukcje? Zaczęłam myśleć co poradziłabym mojej najlepszej koleżance.. I dotarło do mnie jak bardzo sama sie krzywdze, czasem warto stanąć z boku ze swoimi emocjami i popatrzeć na nie jakby nie były Twoje. Co byś wtedy poradziła? Czy umiesz wyjść ze swojej skóry i stanąć z boku? Zrozumiałam, że katuje siebie, chciałam cierpieć, bo wierzyłam w to, że moje dziecko nie żyje przeze mnie, przecież umarł w moim brzuchu, przecież to ja Go zabiłam, to moje ciało zawodzi to ja sie do niczego nie nadaje.. Nawet w szpitalu gdy byłam bardzo słaba, bo przecież prawie umarłam to nie chciałam leków przeciwbólowych po cesarce, chciałam cierpieć. Robiłam to świadomie. Ten ból sprawiał mi radość, przecież mi się należał! Brzmi to strasznie, wiem. Teraz rozumiem jak bardzo czarne myśli chodziły mi po głowie i jak bardzo kopałam pod sobą dół ale już to przechodziłam, największy ból sprawiałam sama sobie. Wtedy gdy nie mogłam zajść w ciążę uporałam się ze swoimi myślami, teraz musiałam zrobić to samo, bo jeśli nie depresja znów zawita na mojej ścieżce – różnica jest taka, że teraz jestem odpowiedzialna nie tylko za siebie. Mam dziecko i dla niego musze sie podnieść, bo on liczy na mnie jak nikt inny. Dlatego znów wyszłam z ‚siebie’ i zaczęłam słuchać rad które dałabym każdej z Was. I wiecie co? Podniosłam się. Czasem wraca natłok myśli, co jakiś czas wierce sobie dziurę w brzuchu ale szybko odganiam te czarne myśli, bo widze, że One nic dobrego nie wnoszą. Trzeba zaakceptować otaczającą Nas rzeczywistość, która nie zawsze jest przyjemna.

A Ty moja droga czy jesteś dobra dla siebie? Czy jesteś wyrozumiała? Czy doceniasz co robisz i ile znosisz? Jak często dziękowałaś sobie samej? Ile razy sama sie nagrodziłaś?

Zatrzymaj sie i odpowiedz na te pytania szczerze, a potem podziękuj sobie za każdy trud jaki wkładasz by żyć i być dobrym człowiekiem. Ja zrobie to samo.

Jeśli czegoś nie widać, nie znaczy, że tego nie ma. 🌈

Tęcza. Bardzo ważna dla wielu z Nas. Każda kobieta po stracie czeka na swoją tęcze. Na swój dar z niebios. To taki rodzaj marzenia, nadzei. Nieustannej nadziei, że i na naszym niebie ją zobaczymy.
Ja swoją tęcze już mam. Po dwóch poronieniach jak grom z jasnego nieba pojawił się On – Tęczowy Oliwier, wychuchany, wyczekany, wymarzony. Na zdjęciu jednak widzimy więcej. Jest druga tęcza, niemalże niewidoczna. Kinga uświadomiła mi coś, co cały dzień chodzi mi po głowie.. Mianowicie jeśli czegoś nie widać, to nie znaczy, że tego nie ma. Tymon jest moją tęczą. Nie ma Go wśród Nas ale jest moją siłą. Choć czuje się słaba to wiem, że nigdy dotąd nie byłam tak silna. Dowiadujesz się jak bardzo silna jesteś wtedy gdy bycie silnym jest jedynym sposobem by przetrwać. Wstaje każdego dnia, Walczę o uśmiech męża, syna i swój. WALCZĘ. Żadna matka nie powinna chować swojego dziecka. Życie dało mi ciężki krzyż do udźwignięcia. Jednak im dłużej nad tym się zastanawiam to myślę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Dlaczego akurat mój syn zmarł? Dlaczego On? I w tym pytaniu drogi czytelniku nie wyczuwaj frustracji czy żalu.. Już ich nie ma. Chce wierzyć, że śmierć mojego dziecka nie poszła na marne, że za tym stoi jakiś wielki dobry plan. Może ktoś powie, że zwariowałam, że to mój sposób by sobie poradzić. Być może. Jednak ja oddaje się w ręce losu, wsłuchuje się we wszystko co się dzieję wokół i próbuje przeżyć to życie dobrze, by kiedyś nie żałować, że zmarnowałam je na zatrucie się złymi emocjami. Od śmierci Tymusia minęły prawie cztery miesiące, a ja poznałam mase wspaniałych kobiet, wojowniczek które każdego dnia dzielnie idą przez życie, poznałam historie z pozoru takie same, a każda inna. Nawet żałoby każda kobieta przechodzi inaczej. Łączy Nas ból, tęsknota ale i cholerna siła jaka płynie w każdej z Nas! Bo przecież pomimo licznych upadków podnosimy się i biegniemy dalej po swoje marzenia..!

Rose bear – moja terapia.

Misie dla Tymulka, nie mogę się doczekać aż zaniosę mu je. Niestety muszę poczekać, bo pracę nagrobkowe się wydłużają tak na prawdę nawet nie zaczęli czekamy w ‚kolejce’ 😔

Robienie zniczy, misiów jest dla mnie na swój sposób terapią. Pomaga mi to radzić sobie z tą sytuacją. Przy dwójce małych urwisów nie miałabym pewnie czasu iść spokojnie do toalety, nie raz bym pewnie marudziła jak jest cholernie ciężko.. bez Tymusia wydaje mi się, że mam mnóstwo wolnego czasu i staram się Go gospodarować tak by cały czas mieć coś do roboty. 3/4dnia spędzam z Olim na dworzu, bawiąc się z Nim, wymyślając zabawy, ciesząc się każdą chwilą z Nim. Sprzątanie, Obiady szykuje po nocach jak zasypia, późno się kładę wcześnie wstaje. Mam mniej czasu na rozmyślania które nie wnoszą nic dobrego. A przy robieniu tych drobnostek dla Tymulka mogę chociaż płakać do woli, narzekać i kur*wować, że życie jest do dupy, nie czuje wtedy do siebie pretensji, że jestem słaba. A gdy skończę wycieram łzy i jest mi lżej, staje się silniejsza, bo muszę dla Oliwiera, nie chce by on widział mnie zalaną łzami. To jest mój sposób. Nie powiem Ci jak żyć po stracie, jak sobie z nią radzić. Każdy musi znaleźć swój własny unikalny sposób który pomoże się mu podnieść. Życie na każdym kroku pokazuje mi, że nie ważne jak cholernie jest źle to można się podnieść, bez znaczenia w jak wielki dół się wpadło. I choć serce będzie krwawić, rana nie będzie się mogla w pełni zagoić to.. Trzeba żyć, bo życie to dar. I choć Tymusiowi nie było dane poznać wielu rzeczy to myślę, że ja to życie musze przeżyć za niego w taki sposób by był dumny.

A Ty Tymulku mam nadzieję, że patrzysz na Nas z góry i cieszysz się, że rodzice ‚jakoś’ sobie radzą. Kocham Cię bezgranicznie, pamiętaj! 💙💙

Jeszcze będzie pięknie!

Z racji tego, że tak często podnosicie mnie na duchu to ja dziś mam Wam pare słów otuchy do zaoferowania 🥰 jak wiecie mam w domu tęczowego Oliwierka, po dwóch poronieniach, łącznie trzech lat starań urodził się On 🥰 tak zupełnie niedawno nosiłam Go pod sercem pełna strachu czy w końcu uda się Nam donosić ciąże, zmęczona zastrzykami i ciągłym strachem oto On – mały cud, zdrowy i idealny. ❤️

Jest dowodem na to, że każda #staraczka da radę! Trzeba tylko walczyć, do utraty sił i jeden dzień dłużej! Bo mimo, że droga na szczyt jest długa i kręta to wiecie co? Z góry są najpiękniejsze widoki 🥰 i z doświadczenia wiem, że morze łez, setki bezsennych nocy, tysiące zastrzyków – to wszystko jest warte gdy już tego małego człowieka trzymasz na rękach. Oli jest dowodem, że trzeba walczyć i że pomimo trudności się uda. Każdej #mamiepostracie wyjdzie tęcza 🌈🥰 niepłodność, starania, poronienia, martwe dzieci to wszystko uczy pokory i cierpliwości każda z Was o tym wie i choć nie raz macie chęć rzucić to wszystko w cholere i odpuścić to jestem tu po to by powiedzieć, że na końcu tej trudnej drogi czeka nagroda tak wielka, że uznacie, że warto było. Nie wiem kiedy, nie wiem ile cierpienia przed Nami/Wami ale obiecuje, że jeszcze będzie pięknie! 💪🏼🤰🏽🌈

Ps. Kiedy On tak wyrósł, słodziak co!? ❤️

List do Tymusia ❤️

Tymonku tak bardzo mi Ciebie brak. Każdy dzień bez Ciebie jest otoczony morzem łez, wyrwą w i tak nieustannie krwawiącym sercu. Tęsknię za Tobą, nie potrafię cieszyć się z codzienności gdy nie ma Cię obok. Miałeś być z Nami, zwykłe dni miałyby sens. A teraz bez Ciebie każde spełnione marzenie nie cieszy, bo Ty byłeś największym marzeniem i Nam Cię odebrano. Mam wrażenie, że już nie potrafię marzyć.

Chcę Ci powiedzieć, że się staram by Twój brat i Tatuś z dumą mówili o mnie. Byś Ty był dumny ze mnie i cieszył się, że to ja jestem Twoją mamą. I choć nie było dane Nam spędzić razem wiele chwil to chce wierzyć, że pewnego dnia przyjdę do Ciebie i już zawsze będziemy razem bez bólu, smutku i łez. Szczęśliwi. I nadrobimy ten czas co Nam odebrano.

Każdego dnia rozpadam się na miliony kawałków, nie wiem jak żyć bez Ciebie, daj mi znak, że jesteś przy mnie. Potrzebuje tego jak tlenu by dalej walczyć. Nie chce żyć, marze by być przy Tobie, wszystko stałoby się proste. Jednak nie jestem egoistką, muszę być tu. Dla Oliwierka i Tatusia. Oni mnie potrzebują. Mam nadzieję, że Ty tam na Górze jesteś szczęśliwy, że kiedyś będziemy razem i wtedy światu wybacze!

Mam do siebie ogromny żal, czuje, że zatracam się w odchłani, że nie daje z siebie tyle co powinnam.. Twój brat jest malutki, nie rozumie wiele jednak gdy płaczę przytula i ociera łzy. Już teraz. To ja powinnam być jego wsparciem. Chce wstać lecz to tak cholernie trudne bez Ciebie. Kocham Cię cholernie mocno. Tęsknię z całych sił.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij