Oliwierek rósł w oczach, pomimo trudów rodzicielskich, nieprzespanych nocy, płaczu w bezsilności nigdy nie żałowaliśmy, że Go mamy. I tak po 11 miesiącach postanowiliśmy postarać się o rodzeństwo dla Naszego Synka. Wcześniej oczywiście zrobiliśmy badania dotyczące poronień, by tym razem nie bać się tak bardzo. Bez ciśnienia, bez presji – jak się uda to się uda. Już i tak mamy swój cud. Podejrzewaliśmy, że starania zajmą kilka miesięcy albo i dłużej, bo przecież wczesniej mieliśmy problemy żeby zajść w ciążę. Jak zwykle życie pokazuje, że to ono ma na nas wpływ. Nie na odwrót. I tak już w pierwszym cyklu się udało! Teraz znów poczułam to szczęście z dwóch kresek, bo co może się nie udać? Skoro wiem gdzie jest problem, wystarczy, że będę robić zastrzyki w brzuch i ciąże donosze, wierzyłam w to z całych sił!
Pierwsze tygodnie mijały książkowo. Żeby nie było zbyt łatwo w 12tc dostałam krwotoku, jechałam z mężem do szpitala w ciszy, nie wierząc, że się uda w końcu już to przechodziliśmy, ten sam scenariusz tylko inny tydzień ciąży.. W szpitalu gdy lekarz robił usg zrezygnowani czekaliśmy na złe wieści, po takich przejściach ciężko jest wierzyć, że będzie dobrze. Jakież było nasze zdziwienie jak oznajmil, że Nasz okruszek żyje i ma się dobrze! Skąd krwotok? Nikt nie potrafił odpowiedzieć, spędziłam tydzień w szpitalu. Strach o nienarodzonego syna, tęsknota za starszakiem w domu… Udało się. Wyszliśmy ze szpitala w dwupaku!
Zaraz potem pierwsze badania prenatalne, tam lekarz zobaczył podwyższoną przezierność karkową, niby inne pomiary były w normie ale powiedział, że warto wykonać amniopunkcje lub badanie NIFTY nieinwazyjne. Zdecydowaliśmy się na to drugie, każda złotówka wydana na to badanie była warta tego, na wynik czekaliśmy trzy długie tygodnie. Badanie bylo jednoznaczne Nasz syn jest zdrowy, jeszcze tylko echo serca dla pewności i możemy być spokojni. Dalej już ciąża bez przeboi. Zapanował spokój, przecież wszystko musi się teraz udać! Zaskakujące jest to, że upadliśmy tyle razy, a nadal mieliśmy w sobie nadzieje.
Jednak Nasze szczęście nie trwało zbyt długo.. W 31tc zaczęło wariować mi ciśnienie, dostałam leki które miały pomóc, lekarz jednak powiedział, że jeśli ciśnienie bedzie się utrzymywać konieczna będzie hospitalizacja by nadzorować stan mój i dziecka. Cztery dni później trafilam do szpitala, bo ciśnienie rosło. Na usg lekarz uznał, że przepływy są słabe i muszą przewieźć mnie do szpitala o wiekszym stopniu referencyjności, bo jeśli stan będzie sie pogarszał to będą musieli ciąć. Tam dostaliśmy mase kroplówek, sterydy na rozwój płuc i różne leki których nawet nie jestem w stanie spamiętać. Częste KTG, co dzienne USG. Czwartego dnia w szpitalu od samego rana czułam niepokój Tymuś ruszał się bardzo mało, każde KTG trwało po dwie godziny, zgłosiłam, że mnie to niepokoi. Wykonano usg, tam przepływy nadal słabe, do tego zmniejszyła sie ilość wód płodowych i zwolnił z wzrostem ale w granicy norm.. zapowiadało się na to, że nie będą go trzymać w brzuszku zbyt długo, bo stan sie nie poprawia. Lekarz robiący usg powiedział, że może się poprawić skoro ja czuje się lepiej, to i syn zacznie ale potrzeba czasu. Przepłakałam całą noc, mówiłam do Tymusia głaszcząc brzuszek „synku bądź dzielny, kop mamusie z całych sił, walcz dla nas tak jak ja walcze dla Ciebie…” na drugi dzień jak ręką odjął Tymuś ruszał się zauważalnie więcej, ciśnienie też po lekach było w normie. Lekarz prowadzący uznał, że kolejnego dnia wyjde do domu i za tydzień kontrola. Gdy pytałam skąd będę wiedzieć jakie są przepływy, czy stan się nie pogarsza odparł, że ciśnienie jest wyznacznikiem.. I jeśli będzie w normie to i dziecku nic nie będzie.
We wtorek czyli tydzień od wypisu nad ranem zaczął twardnieć brzuch, z początku myślałam, że to znajome skurcze przepowiadające, nie czułam bólu więc niespecjalnie się przejęłam. Jednak gdy te skurcze zaczęły gęstnieć, zaczęły sprawiać dyskomfort uznaliśmy, że pora jechać na szpital. Szykując się czułam, że słabnę, ciśnienie 60/40, ból co raz silniejszy a do szpitala 80km… Czułam, że dziś sie spotkamy, mimo że zaczął się dopiero 34tc to musiało być dobrze. W końcu mój mąż miał dziś urodziny, co mogło się nie udać? Gdy dotarliśmy do szpitala rutynowo położna chciała znaleźć tętno płodu i tak zaczął się nasz koszmar.. Szukała, Szukała a tam dalej cisza. W mojej głowie rósł niepokój. Zawołała ordynatora, szybko zaprowadzili mnie na usg. Tam diagnoza jednoznacza „Płód jest martwy, obumarcie wewnątrzmaciczne. Jest totalne bezwodzie” i znów nasze plany zweryfikowało życie w okrutny sposób.

