4 luty ’20 vs 4 luty ’21
Dzień w którym zawalił się Nam świat, dzień w którym urodziła się miłość mojego życia – mój mąż i dzień w którym zmarła część mnie razem z martwym synem w brzuszku.
Wspomnienia wracają co raz bardziej paprząc i tak nieskończenie poranione serce.. Pamiętam jak chodziłam po porodówce mimowolnie głaszcząc się po brzuszku, mimo że wiedziałam, że więcej nie poczuje jego ruchów.. nie potrafiłam uwierzyć, myślałam, że to sen, że urodzę Tymulka i usłyszę jego krzyk.im bardziej bolały skurcze tym na duszy było Lżej.. Chciałam by mnie bolało. Chciałam cierpieć fizycznie. To wszystko to nic podług tego co rozgrywało się w sercu.
Minął rok… Czy jest lepiej? To zależy jak na to patrzeć. Myślę, że sztuką po stracie jest nauczyć się żyć, po prostu. Oddychać i walczyć o małe rzeczy bez fajerwerków. Nauczyć się żyć pomimo ciągle krwawiącego serca. Myślę, a nawet jestem pewna, że kolejne lata nic nie zmienią, ból będzie taki sam, równie niewyobrażalnie mocny, zatykający dech w piersi.. Tylko my, przyzwyczajamy się, że mimo, że jesteśmy żywi część z Nas już dawno umarła.
Gdy usłyszałam w szpitalu że Tymon nie żyje prosiłam o śmierć. Otarłam się o nią, jednak wróciłam i żyje. Gdy wybudziłam się ze śpiączki krzyczałam, że nie mieli prawa mnie ratować, nienawidzilam ich, zabili mi dziecko, a mnie uratowali o ironio.. Los wybrał za mnie. Mimo, że żyć nie chciałam. I choć nie raz mam dość to wstaje.. Dla siebie i dla Nich.
Rocznica śmierci dziecka, urodziny męża. Mimo całego zła jakie nas spotkało, dziękuję, że przetrwaliśmy ten rok jako rodzina. Jesteśmy dalej kochającymi się ludźmi i walczymy o siebie i dla siebie. Oby dalej tak było, do końca naszych dni. Chciałabym poczuć spokój duszy.. Namiastke beztroskiego życia sprzed straty.. Tego życzę mój mężu Tobie… I sobie. Pomódlcie się za Nas.
.