Wspomnień czar.


Po śmierci Tymusia usunełam wszystkie zdjęcia z IG, usunełam fb, jakbym chciała wymazać całe dotychczasowe życie. Było mi cholernie ciężko patrzeć na ciężarne koleżanki, na noworodki. Nadal nie jest lekko, mimo, że każdej z nich życzę dobrze. Nie da się wymazać miłości w sercu i pustki którą pozostawił. Mimo, że patrząc na te zdjęcie wylewam morze łez, to chce pamiętać te chwile. Chcę pamiętać jak Tymuś kopał mnie w brzuszek, jak Oli gładził go i był zadowolony jak brat go kopał w rączkę. Chcę pamiętać jak wyglądał mój okruszek i choć wspomnienie pierwszego spotkania przeszywa bólem całe moje ciało to chce pamiętać jego zimne maleńkie bezbronne ciałko.
Teraz już wiem, że musze sobie pozwolić na całą palete emocji. Tłumienie w sobie nie pomoże. Mam prawo czuć złość, smutek, żal, ból, rozpacz.. Musze dać sobie czas, jestem pewna, że się podniose, wstane silniejsza dla mojego męża, syna na ziemi ale też dla aniołków w niebie, a może kiedyś i dla siebie..

Całym sercem jestem z Tobą mój maleńki Aniołku, daj mi siłę by żyć. 🖤

Jedna na cztery.

Od zawsze wiedziałam, że chce być mamą.. Było to dla mnie oczywiste, że kiedyś zajde w ciążę, donoszę bez problemów, mamy dużą rodzine, ciąże są bez problemowe, nie było strat.. Nie zdawałam sobie sprawy jak ciężka droga do macierzyństwa jest przede mną.

Do czego zmierzam? O stratach sie nie mówi. Ja dopiero teraz gdy Tymon zmarł przepracowałam straty w głowie i już mi nie wstyd! To tak powszechny problem.. Poznałam tu wiele cudownych aniolkowych mam, które marzą o dziecku, jednak nadal wiele kobiet wstydzi się powiedzieć PORONIŁAM, ZMARŁO MI DZIECKO. To nadal temat tabu. A nie powinien być. Gdybym po pierwszych dwóch stratach wiedziała ile Nas jest, wiedziała, że nie jestem sama i przede wszystkim jakaś kobieta która też to przeszła powiedziała ‚rozumiem. Ja też byłam w tym miejscu’ byłoby mi łatwiej. A tak obwiniałam się bardzo, bo w okół ciągle media społecznościowe pokazują Nam piękne, bezproblemowe ciąże, cudowne macierzyństwo. To powodowało przytłoczenie i jeszcze większą nienawiść i bezradność. Każda strata wyrwała mi część serca, nienawiść do siebie zatruwała mój organizm ale też i życie mojego męża. Wytrwał ze mną pomimo trudów. Idziemy dalwj mimo to w jednym kierunku.

Śmierć dziecka nigdy nie będzie sprawiedliwa, ale wierze, że możemy wynieść ze wszystkiego co Nam się przydarza cos dobrego. Nie chcę by śmierć Tymusia i moich dwóch fasolek poszła na marne. Jeśli choć jednej kobiecie będzie lżej czytając posty, to ma to sens!

Dziś, jestem silniejsza. Nie wstydze się swoich strat. Jestem mamą czwórki dzieci. Trzech Aniołków w niebie i tęczowego Oliwiera na ziemi.

Ja – kobieta po stracie.

Rozmawiając z jedną z Was natchnęło mnie na kolejny temat. Jak mama po stracie widzi siebie jako kobiete? Jak widziałam siebie po poprzednich stratach?To bardzo trudny temat, po pierwszych dwóch stratach przestałam akceptować siebie i swoje ciało. Każdego dnia patrzenie w lustro sprawiało trudności, nienawidziłam siebie, bo co ze mnie za kobieta skoro nie mogę zajść w ciążę, nie mogę jej donosić i dać dziecka mężczyźnie który bardzo pragnął stworzyć rodzine. Mimo upływu czasu nienawiść do samej siebie rosła i potęgowała mur między mną a mężem. Im bardziej On starał się dotrzeć do mnie, tłumaczył, zapewniał, że kocha, że nigdy nie zostawi to ja czułam się co raz bardziej winna. Dlaczego? Bo oddałabym życie bez wahania za tego mężczyznę. Nie zasługiwałam na Niego. Kocham Go miłością prawdziwą i bezgraniczną. A jak się kogoś tak kocha to chce się szczęścia tej osoby bardziej niż swojego. A ja… Nie mogłam mu dać tego co pragnął. Mur był co raz wyższy między Nami, dawaliśmy sobie wsparcie, jednak nie potrafiliśmy być ze sobą blisko fizycznie. Dopiero gdy urodziłam Oliwierka to trochę sobie wybaczyłam i wtedy Nasza relacja wróciła na dobry tor.Po poronieniach nie było śladu na moim ciele przypominajacych o tym co się wydarzyło. Teraz po stracie Tymka jestem rozbita jeszcze bardziej. Ciąża skończyła się na późnym etapie, każdy centymetr ciała przypomina mi co się wydarzyło. Do dziś mam ślady po licznych wenflonach, siniaki po zastrzykach z żelaza dopiero bledną, blizna po cesarce nie dość, że jeszcze czerwona to jeszcze poszarpana, widać, że cieli na szybko byle jak.. Skóra na brzuchu jeszcze się nie wciągnęła, do tego w wielu miejscach rozstępy, piersi wciąż nabrzmiałe od pokarmu, wypadające włosy, rzęsy, łamliwe paznokcie. To wszystko przypomina o tym co się stało, wiadomo, że nigdy o Tymusiu nie zapomnę ale czasem chciałabym o tym nie myśleć, a ciało na to mi nie pozwala.Nauczeni przykrymi doświadczeniami walczymy by mur nie powstawał, rozmawiamy, staramy akceptować swoje zachowania. Kamil moje narzekanie, płacz i to, że Go odpycham. Każda próba zbliżenia kończy się moim płaczem, bo gdzie by mnie nie dotknął tam jest wspomnienie. Jestem dumna, że jest moim mężem nie jeden facet by naciskał, złościł się, obrażał. A Kamil mimo, że mnie potrzebuje to akceptuje mnie z tym całym bagażem i stara się mnie wspierać. Ja natomiast staram się dla niego, bo przecież On też mnie potrzebuje, staram sie wrócić do formy, żeby miał kobietę w której się zakochał.. Staram się jak moge nie odpychać Go i dawać mu bliskość na tyle ile jestem w stanie. Nie czuję się kobieco co dodatkowo potęguje moją frustrację. Wiem z wiadomości od Was, że nie jestem sama z tym. Kobiety po stracie tracą często pewność siebie, nie lubią swojego ciała choćby było idealne, bo nie dają rady zajść w ciążę lub jej donosić. Ja niegdyś cholernie pewna siebie osoba, dziś po tylu upadkach, wstaje i żyje. Jednak każda sytuacja zabierała mi cząstkę mnie, cząstkę tej pewności. Nienawidze siebie jeszcze bardziej z każdym dniem, wyrzuty sumienia są tak silne, że ciężko jest wieczorem zasnąć. I choć próbuje przepracować sobie to w głowie to nie potrafie.Wiele wiadomości dostałam od Was, że super, że chce walczyć o prawde by ukarać lekarzy za to co się Nam przydarzyło, jest mi niezmiernie miło, że moje wpisy mają taki odzew. Dziękuję za każdą wiadomość od Was. Jeśli mam być szczerza to licze na to, że prawda pozwoli mi wybaczyć sobie bym kiedyś zasnęła bez łez w oczach.

16 marca 💔

Kolejny cholernie trudny dzień za Nami. To właśnie wczoraj miałeś przyjść na świat, taki był termin porodu. 16marca 💔 A już 41dni nie ma Cię z Nami… Nigdy ból nie zniknie, zawsze będziemy się patrzeć w tył z myślą jaki byś był i jakby Nasze życie wyglądało w czwórkę. Pustka w sercu zatruwa Nasz organizm, kiedy będzie lżej? Mam wrażenie, że z każdym dniem jest co raz ciężej. Kamień na sercu staje się co raz cięższy, każda wizyta na cmentarzu przyprawia o zawrót głowy.

Zdjęcie z pierwszej wizyty w szpitalu.. Mimo tylu przeżyć, tylu przeciwności losu walczyliśmy o Ciebie. Wierzyliśmy, że będziesz z Nami. Byłeś marzeniem które uskrzydlało, bo dla Ciebie i Oliwiera zawojowali byśmy cały świat. Setki zastrzyków, całe ciążowe niedogodności to wszystko na marne, gdybyś był z Nami znioslabym wszystko bez zawahania.

Nie prosiliśmy Boga o nic, na wszystko ciężko pracowaliśmy sami, chcieliśmy tylko donosić szczęśliwie ciąże i być razem. Nic innego się nie liczyło. Tylko to potrzebne było Nam do szczęścia. Tak piękny rok stał się najgorszym. Życie stało się jałowe, wszystkie te dobre zmiany które Nas otaczają obecnie nie cieszą, tracą wartość…Synku nie dzieli Nas czas, tylko odległość.. Czekam niecierpliwie do Naszego spotkania.
Kochamy Cię ze wszystkich sił, Mama i Tata.

Mąż którego zazdrości nie jedna..

Byliśmy tak cholernie szczęśliwi.. Nic więcej od życia nie oczekiwaliśmy. Mielismy wszystko ..

Do tej pory o Kamilu wspominałam nie wiele. Uznałam, że będę pisać z mojej perspektywy wszystko, a post o Nim będzie osobny. Wszyscy w koło martwią się jak ja to znosze, a gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla Kamila? On stracił dziecko tak samo jak ja. Mężczyźni w stratach, zwlaszcza w poronieniach są pomniejszani. Jakby to ich nie dotyczyło.

Na wstepie chciałam powiedzieć, że nigdy nie wierzyłam w prawdziwą miłość, taką aż po grób, sama pochodze z rozbitej rodziny, Kamil również. Z dumą mogę przyznać, że nie znam drugiej tak cholernie dobranej pary, mimo upływu lat kochamy się jeszcze bardziej. Przeszliśmy razem tak wiele a nadal się wspieramy, to wszystko Nas umacnia. Wierze, że pomimo tego jak bardzo życie Nas doświadcza to zestarzejemy sie razem. Mówią, że nie ma ideałów, ja jednak śmiało mogę powiedzieć, że nawet w połowie nie zasłużyłam na tak dobrego męża. Kamil jest moją ostoją, daje ukojenie w trudnych momentach, chroni i wspiera jak nikt inny, staje za mną murem w każdej sytuacji i zawsze podnosi gdy upadam z wzajemnością. Prawdziwa miłość polega na tym by dawać od siebie, nie oczekując nic w zamian. Tak jest właśnie z Nami. Mimo tego teraz boję się o stokroć bardziej o Naszą rodzine. Nie jedna by się po tym wszystkim rozpadła więc musimy każdego dnia pielęgnować Nasz związek ze zdwojoną siłą. Dla siebie. Dla Oliwiera. Byśmy tworzyli całość jak dotychczas.

Strata Tymonka była ciosem którego ból przyprawia o dreszcze z taką samą siłą jakby to było wczoraj. Jestem z Niego cholernie dumna i każdego dnia dziękuję Bogu za to, że to On jest ojcem mych dzieci. Gdy Tymuś jeszcze żył i trafiłam do szpitala to nie musiałam się martwić, że nie poradzi sobie z Olim w domu, byłam pewna, że zadba o Niego jak nikt inny, mało tego posprzątał, poprał. Niejeden facet nawet zmywarki włączyć ‚nie potrafi’ a raczej nie chce, łatwiej jest powiedzieć nie wiem/nie umiem. Kamil dbał o wszystko sam. Gdy Tymuś zmarł, ja musiałam zostać sama w szpitalu, bo Kamil musiał jechać zająć sie Oliwierem. W obliczu tej tragedii, dał rade dojechać autem do domu mimo tego jak cholernie był roztrzęsiony. W pierwszej chwili gdy dowiedział się o śmierci syna upadł, to ja musiałam być filarem który walczy za Nas oboje całą jego uwage zwróciłam na to, że musi jechać do domu, zadbać o Oliwiera. Zaskutkowało. W szpitalu byliśmy rozbici oboje, wspieraliśmy się nawzajem, gdy jedno traciło w nas wiare, to drugie miało ją podwójnie.

Jak wyszłam ze szpitala moja psychika się posypała, śmierć syna, hormony, ogólne złe samopoczucie, a dodatkowo ogromny strach o to, że Kamil mnie zostawi. Nigdy nie dał mi powodów bym wątpiła w jego miłość, jednak strach był niewyobrażalny. Pomimo, że zawinili lekarze to ja też czuje się winna, to sprawia, że boje sie o Nasz związek. Tak bardzo marzył o synu. Tyle kobiet dałoby mu to bez problemu. A ja?… Dbał o mnie pomimo tego, wmuszał jedzenie, pilnował leków, szykował do spania Oliwiera – przy nim właściwie robił wszystko.. A ja całe dnie siedziałam patrząc w sufit.. Zajął się mną i Naszym synem czego nigdy mu nie zapomne. I do końca życia będę wdzięczna.

Każdy ma prawo przejść żałobę po swojemu, jedni chcą rozmawiać, kolejnie wręcz odwrotnie. Tym się z Kamilem różnimy, mi pomaga rozmowa o Tymku, o tym co czuje. Wtedy zawsze wylewam morze łez. Na początku Kamil sie złościł, że ciągle płaczę.. Było mi przykro, bo to był mój sposób. Myślałam, że ma mnie dość. Dopiero gdy porozmawialiśmy zrozumiałam dlaczego się złości, chodziło mu o to, że boli go moje cierpienie, że nie wie jak mi pomóc. A ja myślałam, że nie może na mnie patrzeć.. I to wlasnie pokazuje jak bardzo ważna jest rozmowa. Teraz wiem, że zawsze mogę mu się wypłakać, mimo tego, że mu z tym źle to pozwala mi na to, bym nie czuła się sama. Gdy się podłamałam prosiłam Boga by mnie zabrał, bo chce być z Tymkiem, mówiłam, że już nie dam rady, że chce ze sobą skończyć.. nakrzyczał na mnie, że jestem samolubna, że chce ich zostawić, że mi będzie lżej i wcale nie myślę o nim, bo to On by musiał walczyć sam dla Oliwiera. To, że wtedy zrobił mi awanture postawiło mnie do pionu, wiedział, że to sprawi, że sie podniosę, że głaskanie po głowie mi nie pomoże w tej sytuacji. To pokazuje jak bardzo mnie zna. Dotarło do mnie, że nie robie łaski, że żyje. Chciałam dziecko, mam i muszę żyć dla niego jeśli nie chce dla siebie.

Jak jest dziś? Nadal jest cholernie ciężko, oboje walczymy, upadamy, podnosimy się. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że idziemy w jednym kierunku. Wspieramy się bezustannie. Nabieramy wiatru w żagle i staramy się być jeszcze lepszą rodzinom.

Kamilku jeśli kiedyś to przeczytasz to wiedz, że kocham Cię całym sercem. Jesteś mężem którego nie jedna kobieta na pewno mi pozazdrościła. Ojcem na którego zasługuje każde dziecko, Oliwier będzie z dumą mówił, że jesteś jego tatą jestem tego pewna. Jesteś cudownym człowiekiem, mówiłam Ci to nie raz ale powtórzę, wiele Ci zawdzięczam, uratowałeś mi życie. Sprawiłeś, że uwierzyłam, że mogę osiągnąć coś, co wydawało się tak odległe, wręcz nierealne. Pokazałeś mi, że mogę być dobrym człowiekiem, dzięki Tobie każdego dnia staram się być lepszą osobą. Jesteś moim mężem, kochankiem ale i przyjacielem, wiem, że zawsze mogę na Ciebie liczyć udowadniasz to każdego dnia. Mimo mojego cholernie trudnego charakteru, jesteś przy mnie. Obiecuje Ci, że będę walczyć, dla Ciebie i Oliwierka. Jeszcze wiele zakrętów przed Nami ale wierze, że razem się zestarzejemy.
Kocham Cię pomimo wszystko! Bezgranicznie i na zawsze.

Czas nie leczy ran, lecz przyzwyczaja do bólu..

Jak żyć po stracie?

Chciałabym znać receptę, by każdej rodzinie w tej sytuacji było lżej. Czemu pisze rodzinie, bo to nie tylko kobieta traci dziecko ale również mężczyzna tak często ludzie o tym zapominają, dodatkowo wszyscy najbliżsi też muszą nauczyć się żyć po stracie, bo co powiedzieć bliskiej osobie w tej sytuacji? Jak pomóc? Jak nie przeszkadzać? Wreszcie jak zacząć rozmawiać? Czy udawać, że nic się nie stało? A może mówić o stracie? Nie mam złotego środka dla wszystkich. Jednak mogę opowiedzieć Wam jak było u mnie.

Poniosłam trzy straty każda była na innym etapie ciąży, każdą żałobę znosiłam inaczej. I za każdym razem w innym sposób uczyłam się żyć na nowo..

W pierwszej ciąży tak jak pisałam wyparliśmy z siebie to co sie stało, zwłaszcza, że organizm sam się oczyścił, nie było oznak ciąży, było łatwiej o tyle, że nie słyszeliśmy serduszka. Nikt o ciąży praktycznie nie wiedział, nie było pytań czy współczucia.

W drugiej ciąży było o wiele trudniej, o ciąży wiedziało więcej osób, doszedł do tego zabieg i cała szpitalna trauma. Po tej stracie chciałam się wypłakać, miesiąc spędziłam w dresie, poczochrana. Potrzebowałam rozmowy, jednak nie miałam w sobie tyle odwagi by zacząć, czułam, że każdy unikał tematu, nikt z najbliższych nie próbował rozmawiać albo chociażby spytać się jak ja chce to przejść. Każdy przyjął, że łatwiej jest zapomnieć, niemówić i nie myśleć ale dla kogo bylo łatwiej? Na pewno dla nich, bo ciężko jest pocieszyć kogoś w tej sytuacji – zdaje sobie z tego sprawe ale chociaż warto byłoby wysłuchać lub pozwolić wypłakać się w rękaw. Naokragło słyszałam rzeczy które sprawiały wiekszy ból i ucinały rozmowe, blokowały mnie jeszcze bardziej i zamykały w świecie żałobnej ciszy.

– jeszcze bedziesz w ciąży (skąd wiesz, że ta kobieta chce myśleć o kolejnej ciąży? Jedna będzie walczyć odrazu dalej, a druga latami nie odważy się na ciąże);

– lepiej, że poroniłaś teraz, niżeli w końcówce ciąży (to chyba najgorsza próba pocieszenia, bynajmniej dla mnie, bo jak może ktoś założyć, że strata ciąży w 8tygodniu boli mniej? Bo sie mniej człowiek przywiązał? To tak jakby zmarło dziecko w wieku 16 czy 20 lat – która strata boli bardziej? A no, każda jednakowo!);

– to jeszcze nie było dziecko ( kobieta/mężczyzna może czuć się tak, jakby odbierano im prawo do żałoby. Nieważne, że rodzice widzieli dziecko tylko na usg lub teście ciążowym. Dla tej kobiety, tego mężczyzny to było ich dzieciątko!);

– lepiej tak niż miało urodzić się chore ( dla kogo lepiej? Ty byś dbał/a o to chore dziecko ten rodzic?).

Przykładów jest setki. Dochodzi jeszcze udawanie jakby nic się nie stało, jakby ciąża, dzidziuś w brzuszku nigdy nie istniał. Rodzina, znajomi może zapomną, jednak rodzice po stracie nigdy. To bolało cholernie, a brak odwagi sprawiał, że koło sie zamykało. Dłużej dochodziłam do siebie, płakałam w samotności albo ramie męża.

Ciąża numer cztery.. Najświeższa sprawa. Boli o wiele bardziej jak wszystko dotąd. Nie dlatego, że to był 34tc, nie umniejszałabym poprzednich ciąż tylko ze względu na tydzień zakończenia. Głównie chodzi o to, że teraz mój synuś mógł żyć, odebrali Nam Go lekarze. Na poprzednie ciąże nikt nie miał wpływu ani ja, ani nikt inny. A Tymuś był zdrowym, silnym dzieckiem. Tyle czasu spędził u mnie w brzuszku i miał się dobrze. Umarł, bo lekarze znieważyli mój stan. Czemu ta strata boli bardziej? Bo gdybym została w szpitalu, wyciągnęli by go z brzuszka, leżałby w inkubatorku i teraz już pewnie bylibyśmy w domu, a tak moge odwiedzić grób.. Boli bardziej, bo wszystko przypomina o ciąży, cięcie cesarskie, pociążowy brzuch, laktacja, wypadające włosy i w pełni przygotowana wyprawka. Wcześniej obwiniałam siebie za poronienia na które nie miałam wpływu. Teraz po kilku latach wiem, że nie była to moja wina. Musiało upłynąć tyle czasu bym przepracowała to w głowie. Jednak z Tymusiem jest inaczej. Nigdy sobie tego nie wybacze. Zaufałam lekarzom, mimo wątpliwości odpuściłam, bo co ja moge wiedzieć.. chyba znają się na rzeczy? Gdybym zawalczyła o zostanie w szpitalu. Gdybym pojechała wcześniej do szpitala. Gdyby kto inny był zastępcą ordynatora. Gdyby Tymuś był bardziej ruchliwy może wyczuła bym, że rusza się mniej. Gdyby mój organizm był mniej odporny i gdybym gorzej sie czuła pomimo kroplówek.. Gdyby ciśnienie skoczyło. Gdyby… Dużo pytań bez odpowiedzi. Pewnie nigdy sobie nie wybacze, na samą myśl serce pęka i ból jest tak silny, że brak oddechu.

Teraz po ciąży z Tymusiem choć upadam każdego dnia, wylewam morze łez i nieustannie o tym myślę, to mimo wszystko nie mogę się poddać. Mam Oliwiera dla którego musze żyć. Nie chce milczeć. Chce mówić o moim dziecku tak często jak będę mieć ochote gdy umarł odeszła cząstka Nas. Tego nie da sie wymazać z pamięci. Mam prawo o tym mówić, mam prawo płakać, czuć złość, żal. Mam prawo przejść to po swojemu.

Jeśli znasz osobę która teraz przez to przechodzi to po prostu porozmawiaj czego oczekuje. Jak chce to przetrwać, czy potrzebuje rozmowy, może samotności albo przytulenia i siedzenia w ciszy. Ważne jest by miała wsparcie. Najważniejsze się nie odsuwać, wielu znajomych teraz sie od nas odusnęło, domyślam się, że nie wiedzą jak sie zachować, o czym rozmawiać.. Ja wiem, że to nie codzienna sytuacja, ale my nadal jesteśmy ludźmi, potrzebujemy normalnych sytuacji, zwykłych rozmów o pogodzie chociażby. Każdy sposób jest dobry ale musi być właściwy do konkretnej sytuacji.

Powrót do rzeczywistości.

W szpitalu którym to wszystko miało miejsce w dniu wypisu wygląda to tak, że rzekomo od 14 są wypisy a w realnie dopiero godzine /dwie później, a o 12 już pacjentka jest wywalana z łóżka, bo już kolejna ciężarna zajmuje jej łóżko. O godzinie 10 przyprowadzili mi ciężarną kobiete na sale, spytałam się położnej czy musi ta Pani być akurat w mojej sali. Na co ona chłodno odpowiedziała, że i tak dzisiaj wychodze. No dobrze wychodze, ale jeszcze wypisu na ręku nie mam.. I co będę robić do tego czasu? Gdzie czekać by uniknąć spojrzeń i pięknych brzuszków? Byłam bardzo słaba, straciłam dużo krwi, po końskiej dawce leków na ciśnienie i laktacje miałam silne zawroty głowy, nie mogłam zrobić więcej jak kilka kroków bez strachu, że zaraz zemdleje. Lekarze o tym wiedzieli. Mówili żebym została jeszcze kilka dni w szpitalu, bo mój stan jest ciężki ale kto zajmie sie formalnościami? Kto przygotuje Tymusia do pogrzebu? A jak nie wypuszczą mnie na pogrzeb? Nie mogłam ryzykować musiałam wracać do domu, wiedziałam, że przy mężu i synu fizycznie dojde szybciej do siebie. Jak się domyślacie nie zgodziłam się by ktoś zagościł w moim pokoju do czasu wypisu. Znałam swoje prawa, już kilka z nich zostało pogwałcone. Dość! To, że tyle się wydarzyło nie oznacza, że można po mnie jeździć i łamać prawa pacjenta bez końca. Osoba po przejściach nie ma woli walki, zazwyczaj. Lekarze, położne często to wykorzystują. Wiem, bo już to przechodziłam i wtedy tej siły w sobie nie miałam, ani wiedzy. Nie bójmy się walczyć o swoje. Na każdej plaszczyznie życia.

Wyszłam do domu, ruszyliśmy w wir przygotowań związanych z pogrzebem, wykupiliśmy miejsce na cmentarzu, nigdy nie myślałam, że w wieku 24lat będę mieć już ‚zaklepany’ grób gdzie będę leżeć po śmierci.. Dzień przed pogrzebem pojechaliśmy do zakładu pogrzebowego żeby ubrać Tymusia. Ten pierwszy i ostatni raz chcieliśmy zrobić to sami. Jestem jego mamusią, nie wyobrażałam sobie by obcy facet robił to za Nas. Trzęsły mi się ręce przy zapinaniu maleńkich guziczków i to nie dlatego, że się bałam, tylko pękało mi serce, że ostatni raz w życiu dotykam swojego dziecka, przerażało mnie to, że to ostatnie nasze chwile razem. Tak nie wiele wspomnień..

Nie robiliśmy tradycyjnego pożegnania, chcieliśmy być z Nim sami te ostatnie chwile. Całowaliśmy jego rączki, główkę, rozmawialiśmy o tym jak cholernie jest podobny do starszego brata i obiecywaliśmy, że jeszcze się spotkamy, w lepszym miejscu. W dniu pogrzebu czułam się jakbym nie była sobą, jakby to wszystko działo się obok, nie pamiętam wiele z tego dnia.

Dopiero powrót do domu przygniótł mnie, wtedy dotarło do Nas, że to koniec. Wtedy upadłam ja, płakałam dużo, bardzo dużo, prosiłam by Bóg zabrał mnie. Nie wstawałam z łóżka, przestałam jeść, nawet kąpać się nie miałam sił. I właśnie wtedy Kamil, mój cudowny mąż dbał o mnie jak nikt, dbał o Oliwiera, wyganiał mnie do kąpieli, robił kanapke i wmuszał bym zjadła co kolwiek. Dużo przytulał i dawał się wypłakać w rękaw. Nawet gdy krzyczałam i mówiłam słowa, które nie były prawdą i raniły go bardzo to On nadal stał u mojego boku. Tak powinno wyglądać każde małżeństwo, jedna osoba upada to druga podnosi i na odwrót. Zawsze.

Nie takiego pierwszego spotkania oczekiwałam.

Gdy pozowlili Nam już zobaczyć Tymusia musieliśmy pokonać troche drogi, bo dział patomorfologii jest w odległym punkcie szpitala. Każdy cemtymetr który zbliżał Nas do syna powodował, że kamień na sercu był co raz cięższy. Czułam to ja. Czuł to też Kamil. Gdy już zobaczymy jego maleńkie, martwe ciało nie będzie odwrotu, wiara zniknie bezpowrotnie, nie będziemy mogli wierzyć, że ktoś się pomylił, że jednak nasze dziecko żyje, że to jakiś bezsensowny żart.. Jednak nie wybaczyłabym sobie gdybym Go nie zobaczyła.. Musiałam tam być. Tak jak Kamil.

Tymonku, gdy Cię ujrzałam nogi się pode mną ugięły. Jak Bóg mógł zabrać tak piękne dziecko do siebie? Nie jedna dziewczyna straciłaby dla Ciebie głowę! Gdy tylko zrobiłam test ciążowy pokochałam Cię bez pamięci i każdego dnia kochałam Cię co raz bardziej.. lecz gdy Cię ujrzałam poczułam miłość której pokłady nie były mi znane. Piękna buzia, ten kartoflany nosek, maleńkie rączki, czarniutkie włoski, ciałko obrośnięte jak małpeczka. Całowałam Twoje ciałko centymetr po centymetrze, czując coś co sprowadzało mnie na ziemie.. Chłód. Chłód który mroził Nasze serca. Nigdy nie usłyszymy Twojego głosu, nie zobaczymy koloru Twych oczu, nigdy nie złapiesz mnie za rękę, nie powiesz tatusiu. Najbardziej boli mnie fakt, że Oliwier nigdy Cię nie pozna, powinien bić się z Tobą o zabawki, wspierać gdy mama znów skarci, zamiast tego będzie chodził na cmentarz.
Nigdy nie wierzyłam w takie rzeczy ale czułam Twoją obecność, dodałeś mi sił. Taki maleńki, kruchy, a jakże silny. Walczyłeś dla Nas i Nam Cię odebrano. Kochamy Cię z całych sił. Niedługo znów się spotkamy, bo nie dzieli Nas odległość lecz czas..


Nie było już odwrotu. Oboje czuliśmy jego zimne, martwe ciałko. Już nic nie będzie takie same. Wychodząc z tamtąd milczeliśmy. W tym pomieszczeniu umarła cząstka Nas.

Horroru ciąg dalszy.

Gdy mnie wybudzili po kilku godzinnej śpiączce myślałam tylko o tym by dostać telefon do ręki, bym mogła skontaktować się z jedyną osobą która mnie rozumie, jedyną osobą której samopoczucie liczyło sie bardziej od mojego. Cholernie się bałam jak Kamil poradzi sobie w tej sytuacji, zawsze to ja byłam silniejsza. To ja musiałam stąpać twardo po ziemi. Tym razem bałam się, że nie udźwignę tego, a jeśli oboje upadniemy to kto zajmie się Oliwierem?

Gdy przywieźli mnie na moją sale, ku mojemu zdziwieniu nie byłam sama. Poczułam złość, przecież do cholery straciłam dziecko! Nie mają prawa trzymać mnie z kobietą w ciąży. Jednak to nie była ciężarna. Ta kobieta też straciła dziecko. A właściwie była w trakcie ronienia.. Dostała tabletki poronne by móc urodzić swoje 17tygodniowego synka. Tabletki zaczęły działać, dostawała co raz silniejszych skurczy, widziałam jak zwija się z bólu, rozumiałam ją, bo 3lata wcześniej też to przechodziłam. Widziałam jej ból fizyczny i psychiczny. Rozumiałyśmy się bez słów. Mimo tego, że nie musiało ją boleć nie chciała leków przeciwbólowych. Powiedziałam „rozumiem Cię, aż za dobrze. Przechodziłam to dwa razy, teraz trzeci. Karanie siebie nic nie da, nie miałaś na to wpływu. Masz dziecko w domu dla którego musisz walczyć, mój mąż poprosi położną o jakieś leki dla Ciebie.” Jej wzrok mówił wszystko, widziałam ból ale i wdzięczność. Ta dziewczyna tego potrzebowała. Potrzebowała usłyszeć, że to nie jej wina! Zaskakujące jak w obliczu tragedii człowiek różnie reaguje na cierpienie. Nie opłakiwałam w tamtej chwili syna, zajęłam się tą dziewczyną, jakbym była jej koleżanką, która przyszła ją pocieszyć, a nie kimś kto również właśnie stracił dziecko. Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że człowiek potrafi doradzić drugiej osobie, a sam z tych rad skorzystać nie potrafi. Sama nie brałam przeciwbólowych, chciałam żeby bolało, chciałam żeby ból fizyczny był na tyle silny żeby ukoił psychikę. Niestety.. Chyba nie ma takiego bólu który byłby silniejszy od straty.

Zaraz jak mnie przywieźli przyjechał również Kamil, to on był kłębkiem nerwów, to on nie potrafił funkcjonować i znosił to wszystko gorzej ode mnie. Pisze ten post miesiąc od śmierci Tymusia i z perspektywy czasu widzę, że w ciągu pierwszych dni w szpitalu wyparłam to co się stało jakby to w ogole nie dotyczyło mnie  i myślę, że to był mój sposób by poradzić sobie z tym co nieuniknione.. Informowaniem wszystkich o śmierci Tymusia, dowiadywaniem się jak wyglądają formalności pogrzebowe. Musiałam być silna za Nas oboje. Kamil upadał więc ja go podnosiłam. Wiedziałam, że przyjdzie moment, że będzie na odwrót.

Dostałam jakieś leki na sen, które nie działały, nie zmrużyłam oka. Na drugi dzień już o 5 rano prosiłam by ktoś odłączył cewnik bym mogła wstać. (ktoś powie, przecież mogłaś wstać z cewnikiem, niestety nie było to takie proste.. Z jednej strony podczepiony cewnik, z drugiej dren który odciągał skrzepy krwi prosto z macicy, a jeszcze nad głową ciągłe kroplowki) położne z nocnej zmiany uznały, że dopiero poranna zmiana mnie wypionizuje. Gdy przyszla zmiana personelu ponownie prosiłam o pomoc, nie chciałam by ktoś nade mna skakał, mył mnie czy pomagał chodzić. Prosiłam tylko o  wyjęcie cewnika. Wiedziałam, że z resztą sobie poradzę. Mijały godziny, a dalej nikt nie przychodził… Po 10 przyszła młoda położna z kolejnymi lekami, poprosiłam więc czy może teraz ktoś znajdzie dla mnie czas. Na co ona odparła „my mamy tutaj tyle ciężarnych, że mamy urwanie głowy, w wolnej chwili ktoś do pani przyjdzie” ta pogarda wzbudziła we mnie pokłady złości, bo przecież ja już ciężarna nie jestem to przecież mogę leżeć tak godzinami! Zabolało to bardzo. Od godziny 18 nikt nie zmienił mi podkładu, leżałam w tych odchodach 16 godzin, nie dość że psychicznie czułam się jak śmieć to i fizycznie traktowano mnie podobnie. O 11 przyjechał Kamil. Wszystko we mnie pękło, rozpłakałam się na jego widok, opowiedziałam mu jak to wygląda i poprosiłam żeby zawołał ordynatora, bo położnych już prosić nie będę. Gdy ten przyszedł i usłyszał to co tu sie dzieje szybko postawił je do pionu i w ciągu trzech minut znalazła się położna by wyjąć mi cewnik, ta sama która wcześniej mówiła o ciężarnych.. Z uśmiechem na ustach dodała „jak już pani wstanie to zapraszam do naszego punktu po wymianę wenflona” jej obowiązkiem było nie tylko wyjąć cewnik ale pomóc mi się zpionizować, mało tego nie miałam obowiązku iść tam, jednak jak to ja.. Nie chciałam jej dać satysfakcji z uśmiechem na ustach odparłam żaden problem!

Każda kobieta po cesarce wie, że żeby dojść do siebie trzeba sie ruszać, gdy urodziłam Oliwiera było to proste, bo musiałam wstać, by go przewinąć czy też na karmić więc zależało żeby szybko dojść do siebie. Nie jedna kobieta użala się nad sobą po cięciu, że ból jest tak silny, że to tatusiowie opiekują się dzieckiem. Nigdy tego nie rozumiałam może dlatego, że zawsze byłam odporna na ból.  A  po śmierci Tymusia kompletnie tego nie rozumiem. Teraz nie miałam o kogo dbać, mimo wszystko chodziłam w tą i spowrotem żeby mieć siłę by iść zobaczyć swoje martwe dziecko. O niczym innym nie myśleliśmy, robiłam wszystko by mieć siłę zjechać do niego, by go przytulić. Tego Mi było potrzeba. Jednak tego dnia nie pozwolili Nam go zobaczyć.. Bo nie minęła doba od kiedy był w chłodni, a wyjęcie Go przed upływem czasu mogło skutkować fałszowaniem wyników sekcji zwłok.. wróciliśmy zawiedzeni na sale.

Cały pobyt w szpitalu to był horror, te cztery ściany były moim więzieniem przez najbliższy tydzień. Każde ktg robione za ścianą przyprawiało o zawrot głowy i morze łez.. Widok ciężarnych sprawiał ból w klatce i otępienie.   Wiszący brzuch który jest przykładem, że jeszcze nie tak dawno było tam życie, połóg, bolące piersi od nawału mleka nie pomagały.. Cały oddział huczał na temat mojego porodu, nawet w zakładzie patomorfologii, jak poszliśmy do synka, pan który miał wykonać sekcje zwłok spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział „a to pani jest od tej drastycznej cesarki”  Gdy już nie miałam wyjścia i musiałam wyjść na korytarz, szłam z głową spuszczoną. Wszystkie kobiety patrzyły na mnie ze współczuciem, który potęgował mój ból i ogromną złość. Dlaczego to mój syn zmarł? Jest tu tyle ciężarnych.. Czemu padło akurat na Naszą rodzine? Czułam wstyd, który znałam bardzo dobrze.. W końcu to nie pierwsza moja strata, co ze mnie za kobieta która nie potrafi donosić ciąży? Co ze mnie za matka, skoro zabijam swoje dzieci w brzuchu. Tak wiele myśli kotłowało mi się wtedy w głowie.. Teraz już się nie wstydze. Mój organizm zawodził, to prawda ale to lekarze powinni zadbać o nas. Nikt nie miał prawa wypuścić mnie ze szpitala ze słabszymi przepływami, tym bardziej, że ilość wód płodowych się zmniejszała (mimo że nie ciekły mi wody) i Tymuś rosnął wolniej jak powinien. Powinnam była walczyć o to by mnie wtedy nie wypisali ale zaufałam lekarzom, przecież znają się na rzeczy.. Czasu nie cofnę, Tymusiowi życia to nie zwróci ale będziemy walczyć o prawdę, o to by odpowiedzieli za to, że zabili Nam dziecko.

Poród dziecka którego płaczu nigdy nie usłyszę..

Jak lekarz powiedział, że mój malutki synuś nie żyje, nie wierzyłam. Krzyczałam żeby sprawdził dokładnie, bo na pewno się pomylił przecież jeszcze wczoraj Tymuś ruszał się w brzuchu. Niemożliwe. Nie wierzę. On jednak był pewien. Powtórzył diagnozę. Przyszła młoda lekarka dokończyć badanie, a ja jedyne co mogłam to krzyczeć „po co pani mnie jeszcze bada?! Skoro on nie żyje! Proszę mnie zostawić!” każda sekunda podczas badania wydawała się wiecznością jednak ona musiała wykonać swoją pracę. Jedyne o czym myślałam to, że chce znaleźć Kamila, chciałam by mnie przytulil, by usłyszał to ode mnie, a nie od obcych ludzi. Nigdzie go nie mogłam znaleźć, jakaś położna obiecała, że pomoże mi go znaleźć… W pewnym momencie usłyszałam przeraźliwy płacz, wiedziałam, że to Kamil, że już wie. Szukałam Go nasłuchując skąd dochodzą odgłosy… Zastałam go płaczącego, skulonego na ziemi. Serce pękło mi po raz kolejny.. Bo jeśli się kocha kogoś z całego serca to ból drugiej osoby jest o stokroć większy jak swój własny. Jedyne co mogłam zrobić to Go przytulić z całych sił. Niestety Kamil nie mógł zostać ze mną.. Plan był taki, że zawozi mnie do szpitala i wraca do domu do synka, bo nie mieliśmy z kim zostawić Oliwiera. Wiedząc to oboje musieliśmy wykrzesać z siebie resztki sił. On wracając do domu, do dziecka. Ja tutaj w szpitalu.

Gdy odesłałam Kamila do domu położna zaprowadziła mnie na porodówkę, urodzi Pani naturalnie – powiedziała. Moje marzenie stało się koszmarem, bo po co rodzić naturalnie? Skoro dziecko jest martwe.. Każdy skurcz przypominał mi o tym, że to wszystko na marne. Skurcze które się nasilały to nic w porównaniu do tego co czułam w sercu. To tam rozgrywała się prawdziwa masakra.. Na sali obok kobieta rodziła PIĄTE dziecko. Słyszałam co chwila KTG które sprawiało, że moje serce przestawało bić. Nigdy nikomu niczego nie zazdrościłam.. Cieszyłam się gdy komuś się powodzi. W tamtej chwili jednak byłam cholernie zła na tą kobiete, że jej dziecko żyje przecież wyraźnie słyszałam KTG, które było największą torturą dla mych uszu.. bicia serca Tymusia już nie usłyszę nigdy. Skurcze co raz silniejsze, co raz częstsze.. A rozwarcie nadal bez zmian na opuszek palca pomimo kilku godzinych regularności.. Z racji tego, że obok rodziła kobieta żywe dziecko to mną nikt się nie zajmował, nawet mi to pasowało, że nie musze patrzeć na współczucie położnych.

W pewnym momencie poczułam ogromny, tępy nieprzerwany ból brzucha, skurcze które czułam dotychczas to nic podług tego uczucia. Aż nagle lunął ze mnie wodospad krwi.. Przyleciały położne, od razu wezwano lekarzy, nie wiem ile osób było wtedy w pomieszczeniu, było to bez znaczenia. Zaczęłam czuć, że trace świadomość, zawroty głowy, duszności. Resztę pamiętam jak przez mgłę. Położyli mnie na łóżku, szybkie usg i diagnoza oddzielilo się łożysko. Pamiętam tylko jak krew ze mnie tryskała jakby naciskał ktoś butelkę z wodą.. I tak w kilka minut znalazłam się na stole operacyjnym, zaczęła się walka o moje życie. Tak bardzo pragnęłam być przy Tymku, nie chciałam żyć, czemu wtedy walczyłam? Pewnie podświadomie wiedziałam, że musze wrócić do Oliwiera, że on potrzebuje mamy, a Kamil żony.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij