Horroru ciąg dalszy.

Gdy mnie wybudzili po kilku godzinnej śpiączce myślałam tylko o tym by dostać telefon do ręki, bym mogła skontaktować się z jedyną osobą która mnie rozumie, jedyną osobą której samopoczucie liczyło sie bardziej od mojego. Cholernie się bałam jak Kamil poradzi sobie w tej sytuacji, zawsze to ja byłam silniejsza. To ja musiałam stąpać twardo po ziemi. Tym razem bałam się, że nie udźwignę tego, a jeśli oboje upadniemy to kto zajmie się Oliwierem?

Gdy przywieźli mnie na moją sale, ku mojemu zdziwieniu nie byłam sama. Poczułam złość, przecież do cholery straciłam dziecko! Nie mają prawa trzymać mnie z kobietą w ciąży. Jednak to nie była ciężarna. Ta kobieta też straciła dziecko. A właściwie była w trakcie ronienia.. Dostała tabletki poronne by móc urodzić swoje 17tygodniowego synka. Tabletki zaczęły działać, dostawała co raz silniejszych skurczy, widziałam jak zwija się z bólu, rozumiałam ją, bo 3lata wcześniej też to przechodziłam. Widziałam jej ból fizyczny i psychiczny. Rozumiałyśmy się bez słów. Mimo tego, że nie musiało ją boleć nie chciała leków przeciwbólowych. Powiedziałam „rozumiem Cię, aż za dobrze. Przechodziłam to dwa razy, teraz trzeci. Karanie siebie nic nie da, nie miałaś na to wpływu. Masz dziecko w domu dla którego musisz walczyć, mój mąż poprosi położną o jakieś leki dla Ciebie.” Jej wzrok mówił wszystko, widziałam ból ale i wdzięczność. Ta dziewczyna tego potrzebowała. Potrzebowała usłyszeć, że to nie jej wina! Zaskakujące jak w obliczu tragedii człowiek różnie reaguje na cierpienie. Nie opłakiwałam w tamtej chwili syna, zajęłam się tą dziewczyną, jakbym była jej koleżanką, która przyszła ją pocieszyć, a nie kimś kto również właśnie stracił dziecko. Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że człowiek potrafi doradzić drugiej osobie, a sam z tych rad skorzystać nie potrafi. Sama nie brałam przeciwbólowych, chciałam żeby bolało, chciałam żeby ból fizyczny był na tyle silny żeby ukoił psychikę. Niestety.. Chyba nie ma takiego bólu który byłby silniejszy od straty.

Zaraz jak mnie przywieźli przyjechał również Kamil, to on był kłębkiem nerwów, to on nie potrafił funkcjonować i znosił to wszystko gorzej ode mnie. Pisze ten post miesiąc od śmierci Tymusia i z perspektywy czasu widzę, że w ciągu pierwszych dni w szpitalu wyparłam to co się stało jakby to w ogole nie dotyczyło mnie  i myślę, że to był mój sposób by poradzić sobie z tym co nieuniknione.. Informowaniem wszystkich o śmierci Tymusia, dowiadywaniem się jak wyglądają formalności pogrzebowe. Musiałam być silna za Nas oboje. Kamil upadał więc ja go podnosiłam. Wiedziałam, że przyjdzie moment, że będzie na odwrót.

Dostałam jakieś leki na sen, które nie działały, nie zmrużyłam oka. Na drugi dzień już o 5 rano prosiłam by ktoś odłączył cewnik bym mogła wstać. (ktoś powie, przecież mogłaś wstać z cewnikiem, niestety nie było to takie proste.. Z jednej strony podczepiony cewnik, z drugiej dren który odciągał skrzepy krwi prosto z macicy, a jeszcze nad głową ciągłe kroplowki) położne z nocnej zmiany uznały, że dopiero poranna zmiana mnie wypionizuje. Gdy przyszla zmiana personelu ponownie prosiłam o pomoc, nie chciałam by ktoś nade mna skakał, mył mnie czy pomagał chodzić. Prosiłam tylko o  wyjęcie cewnika. Wiedziałam, że z resztą sobie poradzę. Mijały godziny, a dalej nikt nie przychodził… Po 10 przyszła młoda położna z kolejnymi lekami, poprosiłam więc czy może teraz ktoś znajdzie dla mnie czas. Na co ona odparła „my mamy tutaj tyle ciężarnych, że mamy urwanie głowy, w wolnej chwili ktoś do pani przyjdzie” ta pogarda wzbudziła we mnie pokłady złości, bo przecież ja już ciężarna nie jestem to przecież mogę leżeć tak godzinami! Zabolało to bardzo. Od godziny 18 nikt nie zmienił mi podkładu, leżałam w tych odchodach 16 godzin, nie dość że psychicznie czułam się jak śmieć to i fizycznie traktowano mnie podobnie. O 11 przyjechał Kamil. Wszystko we mnie pękło, rozpłakałam się na jego widok, opowiedziałam mu jak to wygląda i poprosiłam żeby zawołał ordynatora, bo położnych już prosić nie będę. Gdy ten przyszedł i usłyszał to co tu sie dzieje szybko postawił je do pionu i w ciągu trzech minut znalazła się położna by wyjąć mi cewnik, ta sama która wcześniej mówiła o ciężarnych.. Z uśmiechem na ustach dodała „jak już pani wstanie to zapraszam do naszego punktu po wymianę wenflona” jej obowiązkiem było nie tylko wyjąć cewnik ale pomóc mi się zpionizować, mało tego nie miałam obowiązku iść tam, jednak jak to ja.. Nie chciałam jej dać satysfakcji z uśmiechem na ustach odparłam żaden problem!

Każda kobieta po cesarce wie, że żeby dojść do siebie trzeba sie ruszać, gdy urodziłam Oliwiera było to proste, bo musiałam wstać, by go przewinąć czy też na karmić więc zależało żeby szybko dojść do siebie. Nie jedna kobieta użala się nad sobą po cięciu, że ból jest tak silny, że to tatusiowie opiekują się dzieckiem. Nigdy tego nie rozumiałam może dlatego, że zawsze byłam odporna na ból.  A  po śmierci Tymusia kompletnie tego nie rozumiem. Teraz nie miałam o kogo dbać, mimo wszystko chodziłam w tą i spowrotem żeby mieć siłę by iść zobaczyć swoje martwe dziecko. O niczym innym nie myśleliśmy, robiłam wszystko by mieć siłę zjechać do niego, by go przytulić. Tego Mi było potrzeba. Jednak tego dnia nie pozwolili Nam go zobaczyć.. Bo nie minęła doba od kiedy był w chłodni, a wyjęcie Go przed upływem czasu mogło skutkować fałszowaniem wyników sekcji zwłok.. wróciliśmy zawiedzeni na sale.

Cały pobyt w szpitalu to był horror, te cztery ściany były moim więzieniem przez najbliższy tydzień. Każde ktg robione za ścianą przyprawiało o zawrot głowy i morze łez.. Widok ciężarnych sprawiał ból w klatce i otępienie.   Wiszący brzuch który jest przykładem, że jeszcze nie tak dawno było tam życie, połóg, bolące piersi od nawału mleka nie pomagały.. Cały oddział huczał na temat mojego porodu, nawet w zakładzie patomorfologii, jak poszliśmy do synka, pan który miał wykonać sekcje zwłok spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział „a to pani jest od tej drastycznej cesarki”  Gdy już nie miałam wyjścia i musiałam wyjść na korytarz, szłam z głową spuszczoną. Wszystkie kobiety patrzyły na mnie ze współczuciem, który potęgował mój ból i ogromną złość. Dlaczego to mój syn zmarł? Jest tu tyle ciężarnych.. Czemu padło akurat na Naszą rodzine? Czułam wstyd, który znałam bardzo dobrze.. W końcu to nie pierwsza moja strata, co ze mnie za kobieta która nie potrafi donosić ciąży? Co ze mnie za matka, skoro zabijam swoje dzieci w brzuchu. Tak wiele myśli kotłowało mi się wtedy w głowie.. Teraz już się nie wstydze. Mój organizm zawodził, to prawda ale to lekarze powinni zadbać o nas. Nikt nie miał prawa wypuścić mnie ze szpitala ze słabszymi przepływami, tym bardziej, że ilość wód płodowych się zmniejszała (mimo że nie ciekły mi wody) i Tymuś rosnął wolniej jak powinien. Powinnam była walczyć o to by mnie wtedy nie wypisali ale zaufałam lekarzom, przecież znają się na rzeczy.. Czasu nie cofnę, Tymusiowi życia to nie zwróci ale będziemy walczyć o prawdę, o to by odpowiedzieli za to, że zabili Nam dziecko.

Opublikowane przez Aniołkowa Mama

Żona i Mama czwórki dzieci. Trzech aniołków w niebie i jednego na ziemi.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij