We wrześniu 2015 wyszłam za mąż za człowieka którego kocham całym sercem, jest moim mężem, kochankiem ale przede wszystkim ostoją, przyjacielem który nigdy nie zawodzi i zawsze podnosi mnie gdy upadam. Po ślubie zapragnęliśmy stworzyć pełną rodzine, dość szybko udalo się zajść w ciążę. Był grudzień w dniu spodziewanej miesiączki zrobiłam test, dwie kreski, ogrom radości który nie trwał zbyt długo.. Kilka dni później dostałam krwawienia, wizyta u lekarza i od razu sprowadzenie na ziemie, że organizm się oczyszcza i ciąży z tego nie będzie.. Tą pierwszą strate przeszłam najlżej, nie słyszałam serduszka, nie widziałam maleńkiego ciałka na usg. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że wyparłam ją z siebie, jakby tej ciąży w ogóle nie było. To był mój sposób by poradzić sobie z tą sytuacją.
Z racji tego, że poronienie było samoistne od razu w kolejnym cyklu mogliśmy starać się o potomstwo. Lekarz mówił, że tak się zdarza i następnym razem na pewno będzie dobrze. Jednak mijały miesiące, miesiaczka jak w zegarku co miesiąc wbijała Nas w ziemie. Teraz wiem, że wtedy psychika blokowała wszystko i przez to nie mogliśmy zajść w ciążę. O tym co wtedy czuliśmy, jak musieliśmy sobie z tym radzić będzie osobny post.
W kwietniu 2017 okres zaczął się spóźniać, nie musiałam robić testu, czułam, że jestem w ciąży. Dla formalności jednak go zrobiłam, dwie bladziusieńkie kreski, od razu umówiłam wizyte u lekarza, szczesliwi nie parząc w przeszłość wierzyliśmy, że teraz już musi być dobrze. Na wizycie lekarz stwierdził ze pęcherzyk ciążowy jest, jednak ciąża może być zbyt wczesna bo był to dopiero 5tc i nie mam co się martwić jednak zalecił luteine na podtrzymanie. Wróciłam do domu zawiedziona ale pełna nadziei. Niespełna trzy tygodnie później zaczęłam krwawić, od razu pojechaliśmy na szpital, po badaniu lekarza wyszło, że albo ciąża jest młodsza o dwa tygodnie albo przestała się rozwijać. Położyli mnie na oddziale na obserwacji, zrobili betaHCG, dwa dni później ponownie. Jak sie okazało beta zaczęła spadać co jest jednoznacze z tym, że ciąża przestała sie rozwijać. Byłam w 8tc, a ciąża zatrzymała się na etapie 6tygodnia. I tak w Wielki Piątek dowiedziałam się, że poroniłam po raz kolejny. Nasz świat się zawalił, druga ciąża wyczekana tak długo.. Była sobota, dali mi tabletki poronne, by organizm sam się oczyścił, czułam skurcze co raz częstsze, jednak ten ból to nic w porównaniu do tego co czułam w środku. Krwawiłam jednak zbyt mało, lekarz prowadzący uznał, że trzeba przygotować mnie do zabiegu, bo sama się nie oczyszcze. Pamiętam jak dziś leżałam na fotelu ‚samolocie’ płacząc w bezradności, bólu, a ten lekarz na którego wspomnienie od razu mam ciarki wydarł się na mnie „czego Pani wyje, tu co druga na to leży. My dopiero mamy z wami problemy, musimy robić Wam zabiegi, tuż przed samą Wielkanocą pełne rece roboty! „. Ja zawsze pyskata zaniemówiłam, cierpiałam dalej w milczeniu, czekając na to co nieuniknione.. Samo łyżeczkowanie nie bolało, wykonywane pod narkozą, 20minut i ‚po sprawie’. Przewieźli mnie do męża na sale i po dwóch godzinach wypisałam się do domu, na rządanie, nie dałabym rady tam zostać. Chciałam być w domu, przy mężu blisko, tylko On dawał ukojenie memu cierpieniu, tylko On wtedy rozumiał co czułam. Jak wtedy przetrwaliśmy? Co z Naszym małżeństwem i staraniami? Opowiem innym razem.